| Nazwa: | "Berlin Calling" - Komedia obycz., Muzyczny |
| Miejsce: | Kino ACF Dworcowe |
| Adres: | ul.Piłsudskiego 105, 50-085 Wrocław
|
| Termin: |
Start: 21:30 piątek 19 czerwca 2009 do: czwartek 25 czerwca 2009, codziennie o 21:30 |
| Cena: | 13.00 zł do 15.00 zł |
„Klubowe życie niemieckiej stolicy w rytmie 100000 uderzeń na minutę” – tak miał wyglądać film Berlin Calling. Owszem, niełatwo przy nim zasnąć, ale zejść z powodu przyspieszonej akcji serca - też na próżno czekać na seansach.
Obraz to historia fikcyjnego DJ’a Ickarusa (Paul Kalkbrenner) - Niemca, mieszkańca Berlina. Poznajemy go w momencie, gdy przygotowuje się do wydania kolejnej, zdaje się kluczowej, płyty. "Icka", inaczej niż szefowa jego wytwórni, jest przekonany o dużej wartości nowego materiału. (Tu zaczną się problemy...)
Rozpoznawalny, szanowany przez berlińskie środowisko (o damach w tamtejszych klubach nie wspominając), koncertujący za granicą – życie bez przerwy i zawsze w najwyższym tempie. Na nieszczęście Ickarusa: często sztucznie napędzane narkotykami. (...a tu zrodzi się ich – problemów - jeszcze więcej).
Zdaniem reżysera, Hannesa Stoehra: „to film o sztuce i szaleństwie, oszołomieniu i ecstasy (...)”. Sam fakt zajęcia się tą dziedziną sztuki działa na jego plus. Niewielu widzów zna czy wyobraża sobie prawdziwe życie dj’a. Rzecz w tym, że Berlin Calling ukazuje je zbyt filmowo. Stoehr niepotrzebnie upiększa, przerysowywuje. Szkoda, bo siłą niemieckiej (a w szczególności berlińskiej!) szkoły filmowej jest właśnie ten namacalny wręcz realizm. Tutaj go zabrakło. Nie jest to rażące, prawdopodobnie nawet celowe, ale szkodzi filmowi.
Nie można mieć o to pretensji do odtwórcy głównej roli: Paul Kalkbrenner jest w rzeczywistości profesjonalnym dj’em i mieszkańcem Berlina, który od 1999 roku wydał ponad 30 płyt. Zagrał na największych festiwalach muzyki techno, jak Mayday czy NatureOne. I to akurat widać w scenach tworzenia kolejnych utworów, czy niebywale energetycznych fragmentach koncertów. Ickarus/Kalkbrenner żyją tą muzyką. Są nią w każdym calu.
To przemawiałoby za obrazem do bólu, fizjologicznie wręcz realistycznym. Niestety, w zamian widz otrzymuje - momentami nieprzekonywujące - szaleństwo i udawane oszołomienie, które mają odwrócić jego uwagę od tego, co najgorsze: tempa akcji. Nader łatwo za nią nadążyć. Ambitne ujęcia? Bardzo proszę - ale gdzie te 100000 uderzeń na minutę? Brakuje też specyficznego klimatu niemieckiej stolicy, wydarzenia można bez kłopotu przenieść do dowolnego miasta świata.
Największy problem z 'Berlin Calling" to jednak określenie, czym ten obraz właściwie jest. Albo ustalenie balansu między tragedią a komedią. Między beztroskim biegiem i rozmazywaniem jogurtu na czole w restauracji, a powolnymi scenami z serii „na zakrętach życia”. Nie chodzi o sztuczne klasyfikowanie. Raczej o spójność i w miarę wyraźną wymowę filmu: jest rozmazana i kołująca dla widza. Niczym po tabletkach, których nasz bohater nałyka się przez 100 minut wcale mało...
Żadnego z powyższych przymiotników nie można przypisać w tym filmie muzyce. Może poza tym, że oglądający łyknie jej wiele. Utwory – wszystkie autorstwa Kalkbrennera – zasługują nawet na miano dodatkowego, niematerialnego bohatera zbiorowego. Są motorem napędowym, solą, pieprzem i cukrem Berlin Calling. Obawiam się nawet, że niezależnie od preferencji muzycznych, widzowie wrócą do tej ścieżki dźwiękowej jeszcze wielokrotnie po seansie.
Jak jednak będzie z filmem? Czy do niego ktoś będzie później wracał? Nie brakuje w nim głębszych myśli i próby rozprawy z poważnymi problemami, artystycznych wizji, walki człowieka ze słabościami, (tradycyjnie) nawet miłości. Przy tym jest też sympatyczny, świetnie nastraja przed wieczornymi wyjściami. Czyli obejrzeć warto. Przegra jednak ze swoją największą zaletą: do historii przejdzie jako zaledwie dodatek do własnej muzyki.
*tytuł roboczy „Berlin Calling” – po wyjaśnienie odsyłam do kina.
Adrian Fulneczek, PIK