Mój wieczór z Marilyn

sobota 4 lutego 2012





Z jakiegoś powodu pierwszym pytaniem, które każdy stawia "Mojemu tygodniowi z Marilyn" jest to, jak z udawaniem Monroe poradziła sobie Michelle Williams. Odpowiadam więc, że wcale. Ona zrobiła tam coś znacznie lepszego.

W filmie ważna zdaje się być Metoda Stanisławskiego, którą Monroe, z pomocą swojej personalnej trenerki 'od aktorstwa', próbowała stosować na planie. Zakłada ona (Metoda, nie Monroe), wśród wielu innych rzeczy, że "celem sztuki aktorskiej jest stworzenie życia ludzkiego, ducha postaci scenicznej i przekazanie go w formie artystycznej - aktor musi według niej wykreować na scenie >>żywą<< postać". Dlatego właśnie możemy jednocześnie twierdzić, że Williams była na scenie doskonałą Monroe, jednocześnie nie będąc nią wcale - w pozytywnym tych ostatnich słów znaczeniu.

Jesteśmy niestety tak przesiąknięci mitem i kultem Marilyn, że nasze szczególnie uczulone na wszelkie podróbki mózgu od razu krzyczą, że 'to nie ona!'. W przypadku "Mojego tygodnia..." jest jednak inaczej. W pierwszych pięciu minutach, gdy jeszcze pamiętamy kupowanie biletu i to, że 'jesteśmy w kinie na filmie o Marilyn Monroe' patrzymy na Williams jak na kogoś udającego. To jednak szybko mija. Po paru minutach zdaje nam się, że taka najwidoczniej była Monroe, w połowie zapominamy, że to nie dokument, a na końcu ze zdziwieniem stwierdzamy (sami sobie zaprzeczając), że Williams była doskonałą Marilyn... jednocześnie nie będąc nią wcale.

32-letnia Amerykanka tworzy na scenie, (przebaczcie religijne słownictwo) daje życie komuś nowemu. I mnie się ten nowy twór, zawierający w sobie wszystkie cechy i wady Marilyn Monroe, bardzo podobał. Jaki więc z tego morał? Najlepiej podsłuchać zawsze Sympatyczną Starszą Panią, wychodzącą z kina, która w tej sytuacji mówiła: "to jednak nie była Ona, bo ta Williams ma w twarzy coś ostrego, a Marilyn, to jednak było takie niewyczarpane źródełko ciepła. Ale grała wspaniale, po prostu wspaniale". (Nominacja do Oscara nie dziwi już aż tak).

Zabawne. Nawet 50 lat po śmierci Marilyn, w recenzji filmu, w którym przecież nie grała trudno skupić się na czymkolwiek poza nią (czy też sposobie jej pokazania). Widać świat nadal na nią choruje.

Ale o tym też w jakimś sensie jest ten film: pokazuje nam jeden z głównych problemów tej prostej, niewykształconej aktorsko aktorki. Napięcie pomiędzy kobietą, która "chce być kochana jak zwykła dziewczyna", chce, żeby ludzie nie widzieli w niej tylko sztucznego konceptu "Marilyn Monroe", ale jednocześnie takiej, która nie zaśnie bez zapewnienia, że jest największą gwiazdą na świecie.

Bez obaw jednak, "Mój tydzień z Marilyn" nie jest skomplikowanym i całościowym studium psychiki i fenomenu kulturowego Normy Jeane Baker. To tylko moment jej życia, przyjemnie krótka, zamknięta opowieść: ekranizacja wspomnień 23-letniego-wtedy asystenta reżysera, który przebywał na planie filmowym "Księcia i aktoreczki". Oglądamy więc w sumie parę miesięcy, w których Monroe "przyjechała do dziwnego kraju, grać dziwną rolę", jak w filmie podsumowuje to Sybil Thorndike (grana przez doskonalszą niż zwykle Judi Dench).

Na drugim - momentami nawet ciekawszym - planie oglądamy bowiem angielską arystokrację aktorską końca lat 50-tych. Postaci, których historia w tamtym momencie mogłaby posłużyć za temat osobnego filmu. Poza opiekuńczą, pogodzoną ze zbliżającą się starością Thorndike, również otwarcie gorzej radzącego sobie z tym Sir Laurence'a Oliviera (Kenneth Branagh), ze złości na ciągle spóźnioną Monroe ciskającego przez zęby gniewne wersety z dramatów Szekspira, próbującego skończyć swój film i jednocześnie nie rozbić swojego małżeństwa z kolejną blednącą gwiazdą, Vivien Leigh (Julia Ormond). Zderzenie nowego i starego kina jest tutaj więc istotne niemal jak w skazanym na Oscara "Artyście".

"Mój tydzień z Marilyn" nagrody za najlepszy film oczywiście nie dostanie, ale na szczęście nie próbuje nawet udawać, że na nią zasługuje. Jest z nim trochę jak z popularną ostatnio definicją kultury: można się bez niego doskonale obejść. Dla tych zainteresowanych, którymś z poruszonych tematów nie będzie to jednak w żadnym wypadku czas stracony. Zresztą, zastanówcie się, 13-17 zł za 99 minut z Marilyn Monroe? To po prostu się opłaca.

tekst: Adrian Fulneczek




Dodaj do:







Komentarze


Brak komentarzy.


Dodaj komentarz

Nick:
Treść:




© 2008 - Punkt Informacji Kulturalnej - Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Projekt i Wykonanie: BetterSite.pl
email marketing