Rootlessroot Company

poniedziałek 26 września 2011





„Oczy w kolorach deszczu” ("The Eyes in the Colors of the Rain") - pod tym poetyckim i tajemniczym tytułem rozgrywa się na naszych oczach opowieść hermetyczna i trudna do interpretacji jako całość. Pewne jest jedno od samego początku - fascynujące sceny, które oglądamy, nie powstały aby bawić, ani czarować piękną formą i wystudiowanym ruchem. Mamy do czynienia z opowieścią - absurdalną i niejednoznaczną ale dogłębnie przekonującą.

Podobnie jak tytuł, także podsuwane przez same postaci dramatu kolejne tropy - deklaracje tematu, również nie tłumaczą scenicznych wydarzeń; czasami ledwie można dostrzec pewne nawiązania.

Jednak poszczególne sceny, fragmenty i sytuacje są tak sugestywne, tak głęboko przemawiają zainscenizowanymi archetypicznymi sytuacjami, które ciągle odtwarzamy w życiu, że spektakl ogląda się jak film akcji, a nie jak widowisko polegające na pięknie tanecznych ruchów. Sytuacje w uproszczeniu dotyczą walki o dominację w grupie, relacji mężczyzn z kobietami, bez ostrzeżenia przełączających się pomiędzy czułością i oddaniem a przemocą i brutalnym wyżyciem się, oraz różnych koncepcji osiągania transcendencji - realizacji boskiego planu (Apokalipsa), lub też uzyskania harmonii ze światem (Blake). Odnajdujemy też odwieczny motyw poszukiwania piękna absolutnego, którego nie można "mieć", gdyż rozpada się w pył od ludzkiego dotknięcia.

Wszystko to opowiedziane ruchem i ciałem - niewiarygodnie wyćwiczoną sprawnością i wielokrotnie użytymi formami azjatyckich sztuk walki (głównie tai-chi), przy pomocy których artyści pokazują konfrontacje pomiędzy postaciami. Są to długie, skomplikowane sekwencje ruchów - pojedynki na dłonie usiłujące się nawzajem chwycić i wyślizgujące się chwytom "przeciwnika". Dużo w tych scenach gwałtowności, naturalizmu.  Scena niedopełnionego gwałtu wywołuje prawdziwe ciarki, nieraz tancerze zadają sobie prawdziwe ciosy (kobiecie obrywa się najwięcej).

Niewiele w tym spektaklu tańca w potocznym rozumieniu, jest to teatr ciała, teatr ruchu, kojarzący się z twórczością Piny Bausch. Podobnie jak u Piny, Rootlessroot eksplorują wielokrotne powtórzenia wydarzeń scenicznych, swego rodzaju pętle, które swoją natarczywością przebijają się przez powierzchowne interpretacje. Postaci nie osiągają swoich celów, tkwią w swoich ograniczających obsesjach. Gdyby nie artyzm tancerzy i innych twórców spektaklu, jego wymowa byłaby jednoznacznie przygnębiająca.

Skromny, godzinny spektakl jest dziełem większej grupy artystów, minimalna scenografia, kostiumy, znakomita muzyka, są autorstwa uznanych postaci europejskiej sceny performatywnej. Minimalizm inscenizacji jeszcze wzmaga realizm scenicznych wydarzeń, tak jak to bywa w dobrym teatrze.

Liczę na kolejna wizytę Jozefa Fručka i jego kompanii we Wrocławiu (przyjęcie było bardzo gorące) i wszystkim (nie tylko miłośnikom tańca) bardzo polecam ich twórczość - przykład współczesnej sztuki uniwersalnej.

tekst: Grzegorz Kaczmarek
foto: Lech Basel











Dodaj do:







Komentarze


Brak komentarzy.


Dodaj komentarz

Nick:
Treść:




© 2008 - Punkt Informacji Kulturalnej - Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Projekt i Wykonanie: BetterSite.pl
email marketing