Dwa spojrzenia na Ivo Pogorelića - portret i relacja z koncertu

poniedziałek 8 marca 2010




Jeszcze przed koncertem pianisty Ivo Pogorelića w sali koncertowej Filharmonii Wrocławskiej (5 marca) nasza reporterka Anna Karin miała okazję uczestniczyć w spotkaniu z artystą i poznać go z nieco innej strony niż melomanii przybyli na późniejszy występ - ten relacjonuje Jan Andrukiewicz.

Artysta jest tak dobry, jak jego ostatni występ – portret Ivo Pogorelića

   Pierwsza wizyta Ivo Pogorelića we Wrocławiu naznaczona jest w pewien szczególny sposób wydarzeniami z przeszłości. Artysta zagrał utwór, który miał zabrzmieć w finale konkursu chopinowskiego, zapowiadając żartobliwie, że Chopin niewątpliwie wiele zyskał w ciągu 30-u lat doświadczeń i ciężkiej pracy artysty, który, cytując jego słowa: nie tylko pije szampana, je kawior i lata własnym samolotem.

   Na wizycie Ivo Pogorelica zyskuje też Wrocław i jego obchody Roku Chopinowskiego. Warto przypomnieć, że Chopin odwiedził miasto dwukrotnie i nawet zagrał tutaj jedną ze swych niesamowitych improwizacji. Celebrujemy niniejszym 200-ą rocznicę urodzin artysty, owianych, co prawda, kontrowersją – do dziś bowiem trwają spory, czy kompozytor przyszedł na świat w lutym, czy też w marcu. W nawiązaniu też i w hołdzie dla postaci genialnego polskiego kompozytora, Ivo Pogorelić zaproponował Wrocław i swoją wizytę na rozpoczęcie ruchu, który miałby służyć sprostowaniu kolejnego nieporozumienia – „Koncert f-mol” Chopina powstał bowiem przed „Koncertem e-mol”. Ten drugi jednak przyniósł kompozytorowi sławę, stąd błędne informacje – między innymi w Wikipedii.

   Ivo Pogorelić odkrył przed wrocławianami niektóre tajemnice swojego warsztatu, a odniesienie się do arcydzieła Chopina (Koncertu f-mol), na pewno stanowi ucztę dla smakosza odbioru oraz interpretacji tego wielkiego kompozytora. To jest maestoso niezwykłe – młodego człowieka, oddające jego pasję i wyobraźnię. Przeplata wątek klasycystyczny w tradycji beethovenowskiej, by dawać miejsce również elementom romantyzmu, pozostając zawsze silnie zakorzeniony w folklorze. Arcyciekawe było też odniesienie się do przygotowywanych przez Pogorelića sonat Beethovena – muzyki, która, jak sam określił – przychodzi znikąd i tam też odchodzi. Wszystko to dzięki rewolucyjnej pracy orkiestrowej, gdzie kompozytor zaczął używać ciszy, jako elementu ekspresji, wyrażenia. Pauzy zaczynają stanowić ważny element kompozycji, otwierają przestrzeń w strukturach dźwięku.

   Zdumiewająco poruszony był artysta wydarzeniami konkursu chopinowskiego z 1980 r., gdy został nieuczciwie potraktowany przez jury, ze względu na ukartowane wyniki – jeden z sędziów przyznał mu zero punktów (czyli tak, jak gdyby był nieobecny). Jedna z jurorek na znak protestu opuściła konkurs. Według artysty te wydarzenia odcisnęły swe brutalne piętno, położyły się cieniem na konkursie chopinowskim i jego prestiżu. Polska była wtedy pod butem komunizmu, ale dziś już mogłoby znaleźć się miejsce na naprawę tamtej sytuacji. Mówią, że przeciwieństwem odwagi nie jest tchórzostwo, lecz obojętność. Dziś pewnie na wszystkich sądach cieniem kładzie się bucior materializmu lub łatwe do niego odwołanie. Trudno też jednak o ocenę sprawiedliwości sądów o sztuce – na temat gustów podobno się nie dyskutuje. Dobrym pomysłem wydaje się jednak zaproponowane przez Ivo Pogorelića publikowanie ocen jury po upływie czasu. Odniesienie się do ewaluacji oceniających na pewno wpłynęłoby pozytywnie na ich jakość, zapewniając może większą równość szans młodym artystom. O samym konkursie chopinowskim pewnie można powiedzieć tyle, że swym złym zachowaniem tak samo (a może nawet bardziej) promuje artystów, jak i laurami, determinując uczestników tak, że stają się lodołamaczami interkulturalnymi i interkontynentalnymi.

   Ivo Pogorelić – zupełnie już prywatnie – z szacunkiem mówi o swojej zmarłej żonie, iż nauczyła go, jak tworzy się dźwięk na pianinie. Pianista ma pieska, który towarzyszy mu przy wszystkich interpretacjach – 7-letnią Mię. Jak twierdzi artysta, woli ona „Koncert e-mol”, przy „Koncercie f-mol” patrzy zaś na niego krytycznym wzrokiem. Na własne uszy będą się mogli o tym przekonać wszyscy, którzy będą towarzyszyć wycieczkom Ivo, choćby najbliższym – do Izraela, Salzburga czy Warszawy.

   Ivo-artystę inspiruje też elegancja urbanistyczna, którą szkicując na lotniskach, przekłada w biżuterię. W tym przypadku, jak twierdzi, dobra kopia jest lepsza niż oryginał. Stara się w ten sposób (oczywiście też drogą studiowania nowych koncertów) pozostawać młody i wszechstronnie utrzymywać w formie palce. Artysta jest tak dobry, jak jego ostatni występ. Ivo ma 51 lat i pewnie pozostaje wiele do odkrycia przed nim i przed nami, którzy w niemym zachwycie podziwiamy jego sztukę interpretacji dźwięku, a w tym roku zwłaszcza w kompozycjach chopinowskich.


Tekst: Anna Karin


 

Wydarzenie (nie)kulturalne - relacja z koncertu

   5 marca w sali koncertowej Filharmonii Wrocławskiej, byliśmy świadkami koncertu Ivo Pogorelića zatytułowanego „Chopin – Pogorelić. Braterstwo Słowian”. Niewątpliwie mamy Rok Chopinowski, ale opowiem, dlaczego nic nie wyszło z „Braterstwa Słowian”.

   Na ten koncert oczekiwałem z dużą ciekawością. Artysta znany jest nie tylko jako genialny muzyk, ale też jako osobowość i oryginał. Rozmawiając ze znajomymi w przededniu występu, usłyszałem: Ivo Pogorelić? O pamiętam, jak wygrywał konkurs chopinowski. O tym było głośno. Towarzyszył tym słowom znaczący uśmiech. Mowa tutaj o tym, że w 1980 r., podczas Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie, pomimo tego, że Pogorelić był traktowany jako objawienie i przez część krytyków i melomanów niemalże jak geniusz, nie został dopuszczony do IV etapu Konkursu. Wywołało to spory szum medialny, a z prac jury wycofała się Martha Argerich. Mówi się, że artysta obraził się na Polskę i dlatego przez ponad ćwierć wieku tutaj nie zaglądał. Z powyższych powodów temperatura oczekiwania jeszcze bardziej wzrosła.

   Tuż przed rozpoczęciem koncertu byłem świadkiem tego, że melomani dosłownie biegli, by zdążyć na oznaczoną godzinę. Ostatni dzwonek przed zamknięciem drzwi i mnie wezwał do sali. Była ona szczelnie wypełniona – ludzie nie tylko siedzieli, ale stali również po bokach, z tyłu oraz siedzieli na schodach. Na scenie byli już muzycy Orkiestry Filharmonii Wrocławskiej. Chwila oczekiwania i pojawił się także artysta. Spojrzał w górę i długo przyglądał się „sufitowi”. Zwisały z niego imitacje kryształów takich, jakie można spotkać w dzwoneczkach poruszanych wiatrem (dyskusyjna jest już ich kiczowatość), które to właśnie zwróciły jego uwagę (czyżby dezaprobata?). Wśród publiczności dało się usłyszeć szepty: Nie ukłonił się kobietom.

   Za dyrygentem Markiem Pijarowskim, którego ze względu na kunszt i sławę można jak najbardziej traktować jako współbohatera wieczoru, Orkiestra Filharmonii Wrocławskiej rozpoczęła grać „Koncert fortepianowy nr 2 f-moll op. 21” Fryderyka Chopina. Chwilę później mogliśmy zacząć podziwiać sprawność wykonawczą, jaką Ivo Pogorelić ma we władaniu fortepianem. Odniosłem wrażenie, że gra całym sobą – bujał się na krzesełku, uderzał mocno bądź delikatnie pieścił klawisze, wszystko w zależności od potrzeby. Dla mnie koncert był przyjemnością. W pewnym momencie muzyk zaczął... uciszać publiczność. Znaczące: Szyyy pojawiło się bodajże dwukrotnie, a widownia zamarła. Okazuje się jednak, że to był tylko przedsmak. Koncert fortepianowy Chopina został odegrany do końca. Świetny i znakomicie prezentujący się dyrygent, jak również Orkiestra Filharmonii Wrocławskiej i przede wszystkim Ivo Pogorelić stanęli na wysokości zadania. Muzyk na chwilę odszedł od fortepianu, powrócił, publiczność biła brawo, Marek Pijarowski gestem nakazał, aby wstali muzycy, a pianista zaczął się domagać, by… wstała publiczność. Z tym, że wspomniana publiczność nie bardzo miała ochotę, by oddawać mu owacje na stojąco. Niecodzienna sytuacja zamieniła się w pyskówkę. Muzyk głośno mówił: Get up! (lub dla odmiany, z myślą, by nie przeszkadzać mu podczas występu – Silence! itp.), co spowodowało, że kilkanaście oburzonych osób opuściło salę. Można było usłyszeć komentarze: Nauczyłbyś się grać Chopina! Tym sposobem pełen romantyzmu, poetyckości i miłości nastrój „Koncertu fortepianowego nr 2 f-moll op. 21” naszego najbardziej znanego kompozytora, został pogrzebany.

   W atmosferze małego skandalu dotarliśmy do drugiego punktu programu – Ottorio Respighi „Fontanny rzymskie”. Koncert wykonano poprawnie, widać było, że Pogorelić jest... zadowolony. Publiczność natomiast przycichła, kilka osób wyszło, inne intensywnie wpatrywały się w scenę. Po zakończeniu tej części występu były brawa, pianista podnosił rękę dyrygenta w geście wzajemnego triumfu i dziękował muzykom orkiestry ściskając dłonie tych z pierwszych rzędów. Widowni kłaniał się nieznacznie.

   Później miały być kwiaty (dla Pogorelića) i Ravel („Rapsodia hiszpańska”), ale przyjemność koncertu dla mnie uleciała. Odebrałem płaszcz, a wychodząc słyszałem, jak pracownicy filharmonii mówili między sobą: Przecież to muzyk. Pojawia się tutaj pytanie, jak wiele można artyście i co sprawia, że się nim jest (a może tylko bywa)? Jest to już jednak temat na inny artykuł. Z drugiej strony (w tzw. dzisiejszych czasach) nic tak nie rozbudza koniunktury, jak skandal. Ravela posłuchałem w domu.


Tekst: Jan Andrukiewicz

Foto: Piotr Warczak

 


więcej artykułów


Dodaj do:




Komentarze


ppp, IP 79.139.39.222
2010-03-09 00:39:51

Pogorelic nie domagał się owacji na stojąco. Kilka osób siedzących w pierwszych rzędach rozmawiało i nagrywało koncert telefonami komórkowymi. Mówił "Get up and leave" do tych osób



Dodaj komentarz

Nick:
Treść:




© 2008 - Punkt Informacji Kulturalnej - Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Projekt i Wykonanie: BetterSite.pl
email marketing