newsletter:

ENH - Dzień dziewiąty: Bo cię kocham

sobota 31 lipca 2010




Tytuły filmów dnia dziewiątego składają się w miłosną poradę dla naszych czytelniczek: jeśli chcesz dowiedzieć się „Jak być kochaną”, uwierz w „Przeznaczenie” i wyznawaj zasadę „Podróżuję, bo muszę, wracam, bo cię kocham”. Przed tobą i twoją parnterką/twoim parnterem, otworem stanie wtedy cały „Kosmos” możliwości.

   O „Podróżuję, bo muszę, wracam, bo cię kocham” (2009 r.), na festiwalu mówiło sie wiele. Dla wszystkich zagadką było, czy rzeczywiście jest tak dobrze jak w zapowiedziach? Okazało się, że może nawet lepiej. Film opowiada historię geologa Jose Renato, który wyrusza w służbową podróż po Brazylii: ma zbadać, czy na danym terenie można poprowadzić kanał. Świat oglądamy jego oczami. Słyszymy też jego myśli, gdy przejeżdża po pustych drogach środka swojego kraju. To od niego dowiemy się, że tęskni za swoją ukochaną żoną, którą musiał niechętnie pozostawić w domu na 30 dni. Film został nakręcony niewielką kamerą, momentami przypomina więc nagrania z wakacji turystów. To sprawia, że widzowi wydaje się, że uczestniczy w czymś jeszcze bardziej osobistym. W szczytowym momencie, gdy jesteśmy już mocno zaangażowani w historię i wysłuchaliśmy wielu prób sklecenia listu miłosnego do „blondwłosej” okazuje się, że jego małżeństwo było doskonałe. Wszystkie małżeństwa są doskonałe, dopóki się nie kończą – mówi Renato zdradzając, że prawdziwym powodem jego podróży jest próba zapomnienia o lubej. Niestety, właśnie tutaj, w najbardziej melancholijnym i przejmującym punkcie filmu, na ekranie pojawiają się kobiety, które główny bohater spotyka na swojej drodze. Jest ich w sumie ok. 5, a wzmianka narratora o nich sprowadza się do „spędziłem z nią noc w motelu”. Rozbija to trochę jedność filmu, jego duchową, uczuciową warstwę, wprowadzając zwykłą cieleśność. Ten zabieg to chyba jedyne, co dzieli „Podróżuję, bo muszę...” od świetności i tytułu jednego z odkryć Festiwalu. Na pewno warto sobie ten film zorganizować: to rzecz pozwalająca poprzeżywać, pomyśleć i popatrzeć na Brazylię – a tych trzech, jak wiadomo, nigdy za wiele.

   „Kosmos” (2010 r.) Reha Erdema był wielkim skokiem z gorącej Brazylii, do zasypanego śniegiem tureckiego pogranicza. Do małego miasteczka przybywa tajemniczy mężczyzna, który już w swoim pierwszym kontakcie z tubylcami ratuje tonące dziecko i najprawdopodobniej pomaga mu... zmartwychwstać. Później jest już tylko dziwniej: chodzenie po drzewach, ptasie okrzyki garnących się ku sobie bohaterów, którzy każą zwracać się do siebie Neptun (ona) i Kosmos (on)... Ten drugi nie jada, nie sypia i ściąga na siebie coraz więcej uwagi mieszkańców miejscowości: pod jego domem ustawia się w końcu kolejka liczących na uzdrowienie chorych. Trudno wgryźć się w coraz bardziej zakręconą, zachęcająco tajemniczą fabułę. Nie jest ona aż tak istotna jak fakt genialnego, szalenie ekspresyjnego aktorstwa Sermeta Yesila – to na nim opiera się cały ten wizjonerski, elegancki garnitur, który uszył Erdem. Reżyser postanowił dodać też wiele scen, w których widz ogląda m.in. cierpiące przy uboju zwierzęta – istoty równe ludziom, jak twierdzi główny bohater. "Nie rozumiem go, ale naprawdę mi się podobał!" - słyszałem od jednej z festiwalowiczek. To rzadkie odczucie, ale dobrze opisujące wrażenia, które najprawdopodobniej wyniesie się z seansie „Kosmosu”. Erdem zapomniał, jak opowiedzieć historię i poddał się własnej twórczej próżności – narzekał z kolei serwisie imdb.com inny widz. Cóż, każdy reżyser ma oczywiście do tego prawo, ale skoro widzom jego film podoba się nawet, gdy go nie rozumieją, to aż strach pomyśleć, co by było, gdyby twórca postawił jednak na bardziej jednoznaczne symbole. Byłby hit kinowy, a jest alternatywa, ale z powiewem świeżości, który czuje się po tak bezkompromisowym, naturalnym filmie.

   Podczas kolejnego seansu pozostałem w podobnych szerokościach geograficznych: „Przeznaczenie” (2006 r.), to turecko-grecka koprodukcja w reżyserii Zekiego Demirkubuza. Film zachęcał burzliwą fabułą i wypełnił po brzegi średniej wielkości salę w Heliosie. Poznajemy w nim Bekira: młodego, porządnego chłopaka, który w sklepie ojca sprzedaje dywany. Jego życie zmieni się na zawsze, gdy przed biurkiem w sklepie pojawi się młoda Ugur  - w skrócie, dziewczyna największego w okolicy gangstera. Właściciel biurka zakocha się w niej bez pamięci. Zwrotów akcji, jak to u Demirkubuza, jest oczywiście bardzo wiele, ale historia sprowadza się do podążania Bekira za swoją ukochaną, która nie odwzajemnia jego uczucia i woli odwiedzać w kolejnych więzieniach swojego skazanego za kilka morderstw partnera, Zagora. Bekir wierzy, że walka o Ugur, to jego przeznaczenie: dla niej zmarnuje sobie życie, rozbije swoją rodzinę. Owszem, nie jest to najweselszy film Demirkubuza. Jedna z postaci powie pod jego koniec, że przy historii Bekira i Ugur, przejścia Romeo i Julii, to nic - poczucie tragedii jest jednak podobne w obu przypadkach. W  tureckiej wersji większy nacisk jest położony na psychikę: czują to widzowie, którym film może się z tego powodu trochę dłużyć. Narzekałbym też trochę na to, jak Demirkubuz ukazał przeskoki czasu, co może trochę mylić oglądającego, ale można sobie z tym poradzić. Ostatecznie, po raz kolejny na ENH przekonałem się, że filmy tego reżysera to zawsze doskonały scenariusz i wiele pytań o moralność, zadanych na dodatek bardzo niedelikatnie. Warto zobaczyć - choćby dla tych dwóch cech.

   Na koniec dnia postanowiłem wreszcie znaleźć czas na spotkanie z twórczością Wojciecha Jerzego Hasa. Wybrałem się więc na „Jak być kochaną” (1962 r.) i muszę przyznać, zawstydzając wszystkie nowe produkcje pokazywane w tym roku na Festiwalu, że to jak dotąd jeden z lepszych filmów, które widziałem na 10. ENH. Rok wcześniej mówiło się, że „jeśli nie masz na co iść, idź na coś Krzysztofa Zanussiego (na festiwalu odbywała się jego retrospektywa reżysera – przyp.red.), to zawsze dobry wybór”. Po filmie Hasa wydaje mi się, że z nim w miejscu Zanussiego to powiedzenie też jest prawdziwe. „Jak być kochaną” to popis Barbary Krafftówny: niesamowite jest to, jak przyćmiła nawet Zbigniewa Cybulskiego. To jej postać, Felicja, prowadzi widza przez tę historię, opowiada o losach dwójki ludzi w okupywanej przez Niemców Warszawie, gdzie ukrywała kochanego przez siebie aktora Wiktora Rawicza (Cybulski). Naucza, jak (nie) być kochaną... Całość jest poprowadzona w konwencji wspomnień, które Felicja odkrywa ponownie, podczas lotu do Paryża. Zadziwiający jest jej specyficzny, spokojny sposób bycia w i delikatność w poświęceniach, na które się zgadzała, skontrastowane z okrutnymi czasami i smutnymi wydarzeniami, o których mówi aktorka. To właśnie jej kobiece podejście do niektórych problemów sprawia, że widz odczuwa je kilkukrotnie mocniej (jak np.niewdzięczność Wiktora). Scenariusz jest rzeczywiście dopracowany. Film dba nawet kwestie uczuć patriotycznych, gdy na końcu pojawia się krótka scena odśpiewywania w kawiarni „Czerwonych maków na Monte Casino” (trochę przypominająca „Marsyliankę” z „Casablanki"). To jednak tylko jedna z wielu przyjemności, których dostarczy widzowi ten niewesoły przecież film. Jego obejrzenie sprawia, że w ostatnich dwóch dniach postaram się zapewne o jeszcze przynajmniej jeden seans filmów Wojciecha Jerzego Hasa. Podobne wrażenia musieli mieć widzowie w prawie pełnej sali Heliosa, którzy grzecznie doczekali do samego końca, nie wybiegając o północy, żeby powalczyć o rezerwacje seansów na kolejny dzień. To też się opłaciło, bo system padł i nikt niczego zarezerwować nie mógł.

   Gdy rezerwacje wreszcie zaczęły działać, widzowie wybrali filmy na 1 sierpnia, ostatni dzień Festiwalu. Tak - to jest już prawie koniec, ale na szczęście coś do oglądania jeszcze zostało. Jeśli się postarać, w ostatnich dwóch dniach można zaliczyć jeszcze dodatkowe 10 filmów. Jak to mówią sportowcy: jest o co walczyć, dam z siebie wszystko, by to osiągnąć. Na miejsca, gotowi, do startu, start!

Tekst: Adrian Fulneczek


 

Pełny progam 10. edycji ENH

 

Relacje "na żywo" z festiwalu publikujemy na naszym profilu facebook

 

Więcej o ENH


Dodaj do:







Komentarze


Brak komentarzy.


Dodaj komentarz

Nick:
Treść:




© 2008 - Punkt Informacji Kulturalnej - Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Projekt i Wykonanie: BetterSite.pl