Klasyk amerykańskiego kina niezależnego „Taśma” i ściągnięte do Wrocławia prosto z Cannes, „Shit Year” z Ellen Barkin w roli głównej, rozświetlały widzom ciemną, festiwalową drogę siódmego dnia ENH.
Pierwszy ze wspomnianych filmów, „Taśma” (2001 r.) w reżyserii Richarda Linklatera, był jednym z najbardziej obleganych wśród środowych seansów. Pokazywany był już kilka
lat temu podczas czwartej edycji ENH (jeszcze w Cieszynie). W tym roku znalazł się w edukacyjnym cyklu „Nowe Horyzonty Języka Filmowego”, bo funkcjonuje jako jeden z najlepszych dowodów na to, że genialny film można nakręcić też domową, cyfrową kamerą DV. Wiecie państwo, kamera analogowa i taśma 35 mm kosztują. Mi zawsze mówiono: na analogu naciśniesz guzik i już jesteś winien – opowiadał o wadach drugiego, mimo to preferowanego przez siebie typu kamery, operator filmowy Bogdan Dziworski. Film pokochali chyba wszyscy widzowie, których swoją zapowiedzią przed seansem przeraził nieco filmoznawca Grzegorz Kurek: w tym filmie właściwie nic się nie dzieje, to taki gadaniec, a bohaterowie ani na chwilę nie wychodzą z jednego hotelowego pokoju. Tak rzeczywiście jest, ale ani przez chwilę nie można się nudzić. Wymiana zdań Ethana Hawke'a i Roberta Seana Leonarda ma niesamowite tempo, intensywność i jest genialnie zagrana. Napięcie narasta nieustannie, a w końcowych scenach (gdy w pokoju jest już Uma Thurman) to prawdziwy wybuch. Niesamowity film! Barrrdzo niepokojący moralnie – nie zlekceważcie go przez proste metody nakręcenia, czy to ciągłe rozmawianie. To
byłby błąd, a - jak naucza film - o niektórych błędach, później tak po prostu zapomnieć nie można. Obejrzycie, zrozumiecie, zadzwonicie i przeprosicie.
Po filmie i krótkiej dyskusji z gośćmi na temat zalet i wad obu typów kamer, część festiwalowiczów zaczęła wędrówkę do Capitolu. O 16. rozpoczynał się tam seans „Na gorąco” (2007), Briana de Palmy. Film, który opowiada o zbrodni w Mahmudiyah w Iraku z 2006 roku, gdzie kilku amerykańskich żołnierzy zgwałciło, a później zabiło 14-letnią dziewczynkę. Zabito także jej najbliższą rodzinę, a próbując zatrzeć ślady na końcu podpalono ciała wszystkich ofiar i cały dom. Sam film, to opowieść stylizowana na żołnierski wideo dziennik, przeplatana fragmentami, głownie inscenizowanymi i kilkoma prawdziwymi, z różnych telewizji, a także nagraniami z portali typu Youtube (w tym, tych strony irackiej), opowiadający o tej zbrodni. De Palma chciał podobno w ten sposób ukazać też jak media wpływają na nasz odbiór. Ostatecznie sam chyba wpadł we własną pułapkę: jego dokument jest tak bólu nieobiektywny, a sceny stylizowanych raportów telewizyjnych i „nagrań z kamer przemysłowych” (?!) tak uwłaczająco sztuczne, że czujemy jakby to on, obiektywny przywódca krucjaty o prawdę, próbował wyprać nam głowy. Fakt, nie wątpię w obrzydliwość ludzi, którzy dopuścili się opisywanego w filmie czynu, ale ta próba ich skrytykowania, z
wyżej wspominanych przyczyn, niestety stacza się do równie niskiego poziomu. Żałowałem, że znalazł się w programie ENH.
Na szczęście nie musiałem długo czekać na pocieszenie – to błogosławieństwo seansów co trzy godziny – bo już o 19:15 rozpoczynał się „Shit year” (2010), który swoją premierę świętował kilka miesięcy temu, na Festiwalu w Cannes. Opowieść o aktorce, która postanawia przejść na emeryturę, to popis już pięćdziesięciosześcioletniej, lecz nadal pięknej i świetnej aktorsko, Ellen Barkin. Główna bohaterka nie ma za sobą dobrego roku: koniec kariery, złamane serce, zagubienie we własnym życiu. Po tylu latach udawania innych (to bardzo uzależnia - mówi Barkin) niełatwo jej odnaleźć siebie. Colleen, bo tak ma na imię postać Barkin, chętniej odnalazłaby zresztą 22-latka Harveya (Luke Grimes), swoją ostatnią miłość. Nieustannie cierpi i marzy z jego powodu - również w swoich, nieco psychodelicznych, snach. W czarno-białym świecie, na który zdecydował się reżyser Cam Archer, śledzimy więc wspomnienia Colleen i próbę przystosowania się do nowej sytuacji. Aktorka opuściła Los Angeles i kupiła domek w lesie, z dala od cywilizacji (może z wyjątkiem gadatliwej i chcącej zawsze pomóc, sąsiadki – to ten tak potrzebny tutaj wątek humorystyczny). Podczas jednego z leśnych spacerów wypowie zdanie: jak moje wszystko, stało się nagle tym niczym? Rozważania nad samotnością, tęsknotą, traceniem (ale takie bez pisków i machania rękami), to właśnie „Shit year”. Historia aktorki, która tuż przed końcem sama mówi, że jeśli ktoś chciałby nakręcić jej biografię, niech zacznie od ujęcia dziewczynki biegnącej po plaży w stronę ognia (zgadnijcie więc jak rozpoczyna się ten film). Całość jest bardzo
przyjemna dla oka, poetycka i pięknie zagrana przez Barkin i Grimesa. Jak na prawie depresyjną historię, wyróżnia ją spokój, z którym została opowiedziana. Można zaryzykować choćby dla samej pani widocznej na przepięknym i tak wiele-mówiącym plakacie tego filmu.
Po tym seansie i dłuższej rozmowie z Phillipem Morą (której zapis już niedługo w portalu), udałem się, na ostatni tego dnia film, „Pompenzuballen” (2010 r.). To krótki, 66-minutowy zapis obserwacji reżysera Krzysztofa Kaczmarka, w śląskiej wsi, Aleksandria. Mnóstwo długich ujęć, gdzie kamera raczej nie napędza akcji, bo takowej nie ma. To zbiór scenek, w których np. widzimy trenujące młode tancerki, śpiewające gospodynie w kole, czy wydłużony niemiłosiernie przejazd przez wieś. Nie brakuje też alkoholowej libacji i polskich prób mówienia po angielsku, czyli kilku minut, w których na ekranie stanie się więcej niż w poprzednich pięćdziesięciu. Ostatecznie, pokrzepiony genialnym sposobem na napisy początkowe, które wyczytał lokalny ksiądz z ambony (no... tak jakby), poczekałem też na to, co reżyser wymyśli na końcu. Opłaca się, bo widzimy tam nagranie z castingu do filmu, na którym wszyscy uczestnicy mają jedno podstawowe zadanie: przytulić inną osobę starającą się o rolę. Obserwowanie jak robią to ludzie z małego miasteczka, to ciekawe przeżycie – chyba
jedyne sprowokowane przez reżysera. Ostatecznie ten film jest jednak porwany, składa się trochę z jakby przypadkowo wybranych scen. Ale może to i lepiej, bo z pełną panoramą wsi trwałby dwa razy tyle, a tak... Jak ktoś lubi i chmurki, i lasek, i ognisko poobserwować, to ja zapraszam.
Festiwalowicze zaczynają już myśleć w trybie „ENH niedługo się kończy, muszę jeszcze możliwie dużo zobaczyć”. Na skrzyżowaniach kolejek osób z karnetami i biletami bywa więc czasami kolizyjnie, ale ofiar nikt dotąd nie odnotował. I oby tak do końca.
Tekst: Adrian Fulneczek
Relacje "na żywo" z festiwalu publikujemy na naszym profilu facebook