ENH - Miłość ludzi do kina - wywiad z Phillippe Mora

piątek 30 lipca 2010




O przypalaniu krabów, uwielbieniu dla Goddarda, żartowaniu z nazistów i zachwycie nad wrocławską publicznością – opowiada nam Phillippe Mora, jeden z najciekawszych gości 10. edycji festiwalu Era Nowe Horyzonty.

Urodzony w 1949 roku reżyser pokazał na ENH pięć swoich filmów – wszystkie w cyklu Nocne Szaleństwo. Rozbawiając widzów szybko zdobył ich sympatię i uznanie. Z nami twórca m.in. „Skowytu III: Torbacze” spotkał się pewnego festiwalowego wieczoru w kinie Helios, przed kolejnym pokazem swojego filmu.

Adrian Fulneczek: Dopiero co skończyłeś inny wywiad, za chwilę projekcja kolejnego filmu, po którym znów spotkasz się z widzami – nie staje się to już męczące?

Phillippe Mora: Nie czuję się ani trochę zmęczony: tutaj znowu poczułem wielką pasję ludzi do filmów. To naprawdę odświeżające uczucie, dawno go nie miałem.



...ale to chyba normalne na festiwalach filmowych?

Cóż, większość festiwali pokazuje bardzo komercyjne filmy, co wiąże się z tym, z jakimi dystrybutorami współpracują. Pod tym względem ten festiwal jest absolutnie wyjątkowy.

Próbujesz teraz być miły?

W żadnym wypadku! Mówię naprawdę szczerze: jeśli pojedziesz do Cannes albo Berlina, czyli festiwali na podobną skalę, to jest w tym wielki element komercyjności. A Era Nowe Horyzonty to przede wszystkim odbicie prawdziwej miłości ludzi do kina. Widzę ją za każdym razem na widowni - oni tutaj naprawdę kochają kino - to fantastczyny widok!

Czy były jakieś skojarzenia z tym miastem, kiedy otrzymałeś informację, że chcieliby tutaj pokazywać  filmy Philliphe'a Mory?


Mój związek z Wrocławiem przebiega naprawdę głęboko. Moi dziadkowie ze strony ojca pobrali się tutaj – dzisiaj odnalazłem nawet ich akt ślubu! Urodzili się w tym rejonie, w Breslau brali ślub.

W Breslau... czyli opowieść o twoich polskich korzeniach, to jednak nieprawda?

Cóż, to było w 1909 roku. Trochę mi się to myli, ale Polska wtedy nie istniała na mapach, tak? No właśnie. Moi dziadkowie byli niemieckimi Żydami, którzy później przenieśli się stąd do Lipska. Ciąg dalszy mojej historii wiedzie już przez inne europejskie państwa...

A z tego co wiem, interesujesz się bardzo przeszłością.

To fakt, szczególnie historią mojej rodziny. Ciekawą drogę przeszedł np. mój ojciec. Wiem, że w Lipsku wstąpił do Partii Komunistycznej, bo tylko jej ludzie bronili żydowskich obywateli, bitych przez nazistów na ulicach miast. Później przeniósł się do Berlina, gdzie też niedawno byłem. Odnalazłem nawet dokument potwierdzający jego wydalenie z uniwersytetu w związku z żydowskim pochodzeniem. Przeniósł się do Paryża, gdzie w ruchu oporu zaszedł bardzo wysoko, bo umiał mówić po niemiecku. Ale... to długa historia, a my chyba mieliśmy mówić o czymś innym..?

O skojarzeniach z tutejszą filmową widownią i tym, że w Polsce ktoś chce pokazywać twoje filmy.

Samym zainteresowaniem zdziwiony nie byłem - ale to, ile osób tutaj zna moje filmy, jest dla mnie naprawdę zaskakujące. Ktoś pytał mnie dzisiaj, czemu organizatorzy nie chcieli pokazać na tym festiwalu filmu kultowego w Stanach Zjednoczonych: „Kobieta Pterodaktyl z Beverly Hills”, który nakręciłem z Beverly D'Angelo. Wiem, że moje filmy są nietypowe, że nie jest to mainstream i nie dziwi mnie, że nie trafiają do szerokiej dystrybucji. Ale z drugiej strony: przez lata te filmy mają się dobrze, zresztą, dlatego tutaj teraz siedzę. Takie filmy też mają swoją widownię.

Szczególnie we Wrocławiu, pokazy twoich filmów są jak dotąd wielkim sukcesem.


To fakt, publiczność reaguje na nie naprawdę wspaniale.

Jak reagujesz,  kiedy jest inaczej, kiedy ludzie nie rozumieją twoich filmów, kiedy one ich nie bawią? O „Kapitanie niezwyciężonym” bardzo nieprzychylnie wypowiadał się np. ten pan robiący nam w tej chwili zdjęcia (niespodziewający się niczego Lech Basel uśmiecha się do nas z aparatem w ręce), ale jak sam mówił, może to przez różnicę pokoleń.

Myslę, że w tym wypadku na pewno – tylko mu tego nie powtarzaj! Ale, mówiąc poważniej, spójrz: takie rzeczy zawsze są kwestią gustu. Ja mogę jedynie zrobić film, który mnie samemu wydaje się zabawny. Nie można przecież zadowolić wszystkich. Kiedy zaczniesz próbować to robić -kończy się katastrofą. To po prostu niemożliwe! Robię więc filmy z założeniem, że znajdą się takie osoby, którym się spodoba. Wcześniej sugerowałeś, że chcę być miły, ale tak nie jest: dla mnie to naprawdę  niesamowite gdy widzę, jak tutejsza publiczność reaguje na moje filmy! A skoro już o seansach i spotkaniach mowa: ich znajomość angielskiego jest tak dobra, że rozumieją moje żarty - jeszcze zanim przetłumaczy je dla nich tłumacz. To też było dla mnie bardzo ciekawe i pomagło w nawiązaniu z nimi specyficznej więzi.

Między słowami gubi się wiele... Skoro jesteśmy przy  twoim poczuciu humoru: skąd ono właściwie się wzięło, które państwo i którzy ludzie mieli na nie wpływ? Mieszkałeś m.in. w Australii, później Anglii, gdzie większość żartów opiera się przecież na zrozumieniu zawartej w nich ironii.

Ironia jest niebezpiecznym narzędziem przy tworzeniu filmów. Wielu ludzi po prostu jej nie rozumie, szczególnie ludzi niewykształconych. Myślą wtedy, że próbujesz być poważny i strasznie źle interpretują całe przesłanie filmu – mylą dosłownie wszystko. A skąd mam akurat takie poczucie humoru? Sam nie wiem, może z DNA? Czy jest tam jakaś cząsteczka odpowiedzialna za humor? Nie mam pojęcia! Wydaje mi się, że każdy kraj ma  poczucie humoru, ale czy w różnych krajach różnią się jego typy? Moim zdaniem - nie.

Czyli żadnych konkretnych wpływów? Np. brytyjskiego, z ich zamiłowaniem do żartów anty-nazistowskich? Sam nazizm to główny temat dwóch twoich filmów, pokazywanych na ENH.


Szczerze mówiąc: kocham wszystko, co jest zabawne! Wśród moich ulubieńców są choćby Jacques Tati, Buster Keaton, Peter Sellers, Bracia Marx, Monthy Python... A skoro mowa o anty-nazizmie, to moim zdaniem jednym z najlepszych filmów tego typu jest „Być albo nie być”, film o polskiej trupie  teatralnej w Warszawie, podczas wojennej okupacji miasta. Grają w nim Carole Lombard i Jack Benny, reżyserem jest Ernst Lubitsch. Ten obraz pochodzi z 1941 roku i jest tak śmieszny, tak dobrze prześmiewał nazistów, że Hitler i Goebbels starali się powstrzymać jego dystrybucję. Tradycja anty-nazistowskich komedii zatem istnieje, ale jest bardzo mała, ze względu na delikatność tematu: na myśl przychodzą mi filmy takie, jak „The Producers” Mela Brooksa, czy „Doctor Strangelove” Stanleya Kubricka. Wiem, że bardzo trudno jest poradzić sobie z tymi trudnymi i smutnymi tematami, wsadzić do opowiadania o nich trochę humoru, ale - moim zdaniem - to bardzo istotne. Jeśli uda ci się rozśmieszyć ludzi, możesz do nich dotrzeć. Czasami to jedyny sposób, żeby przekazać im naprawdę poważną myśl.

Pozostając jeszcze przy nazistach: Piotr Dumała, polski mistrz animacji, powiedział kiedyś, że podczas długich prac nad filmem „Franz Kafka”, czasami wydawało mu się, że autriacki pisarz go nawiedza, mówi do niego zza grobu. Czy czułeś coś podobnego przy pracach nad „Swastyką”? Przeglądając długimi godzinami domowe filmy Ewy Braun?

Czy ja miałem takie sny, z Hitlerem lub Goebbelsem? Niezbyt już pamiętam ten czas, to było strasznie dawno temu (film pochodzi z 1973 r. - przyp.red.). Ale wydaje mi się, że nie zdarzały mi się żadne koszmary, ani nic podobnego. Prace nad „Swastyką” były raczej jak dochodzenie, w którym próbowaliśmy odnaleźć filmy z tamtego okresu. Skupiałem się głównie na tym.

Drugie pytanie z cytatem: Jean-Luc Goddard twierdził w jednym ze swoich filmów, że najpierw trzeba przeżyć historię, doświadczyć jej, żeby później móc przenieść ją na kinowy ekran. Rozumiem, że do twojego np. „Skowytu III: Torbacze” i kilku innych filmów, akurat tej myśli francuskiego papieża nowej fali odnieść nie można?


Cóż - tej na pewno nie, ale Goddard powiedział jeszcze wiele innych rzeczy. Zgadzam się szczególnie z jedną jego myślą, która wydaje mi się świetna. XX wiek, mówi Goddard, to trzy rzeczy: komunizm, nazizm i kino. Kino kończy się w Auschwitz – dodaje. Nie widziałem wszystkich części „Historii kina”, ale taktyki szokowe, które stosuje tam Goddard: kontrastowanie pornografii z obozami koncentracyjnymi – to szalone, awangardowe robienie filmów. Goddard jest najmłodszym twórcą, którego filmy pokazują na tym festiwalu.

Najmłodszym?!

W sposobie myślenia, w duchu, w tym co robi i jak radykalnie to robi – zdecydowanie tak.

Lubisz jego filmy?


Wprost je uwielbiam. Są bardzo wymagające. Trzeba przy nich wykonać trochę pracy umysłowej, ale co z tego? Ważniejsze jest to, ile dają w zamian. Jego styl jest inspiracją dla każdego filmowca.

Goddard prawdopodobnie nie ma problemu z mówieniem o sobie „artysta”. Czy również uważasz samego siebie za artystę?

Tak, zdecydowanie. Zresztą dla mnie to nieważne, czy ktoś maluje, pisze, robi filmy – to tylko inne formy ekspresji. Wiesz, film dzisiaj uznawany za „dziwny”, może już jutro stać się klasykiem. Sam bardzo nie lubię pretensjonalnych filmów...

Więc nie wierzysz w teorię, że jeśli coś nie jest wyrafinowane, to nie może być sztuką?

Film jest pod tym względem bardzo skomplikowany. To wkraczanie w ludzkie emocje, zostawianie tam wiadomości. Sam na pewno nie staram się być „artystyczny” - myślę, że to coś naprawdę złego. Wielu reżyserów myśli jednak odwrotnie: chcą być „artystyczni” - i to jest po prostu dziwne. Moim zdaniem, trzeba jak najlepiej opowiedzieć daną historię: ja zazwyczaj staram się dodatkowo wywrócić ją do góry nogami, nieważne czy to dziwne, czy nie. Ostatecznie, nie wydaje mi się żebym był rzemieślnikiem - naprawdę czuję się bardziej artystą.

Czy ta tendencja do wywracania rzeczy do góry nogami ma swoje korzenie w dzieciństwie? Czy byłeś w jakiś sposób... dziwnym dzieckiem? Jakieś niepokojące oznaki późniejszych pomysłów? Znęcanie się nad muchami..?

No cóż... muszę przyznać, że pamiętam, jak używałem szkła powiększającego, żeby przysmażyć trochę kraba przy brzegu morza (i tutaj reżyser pokazuje z radością dziecka w oczach, jak trzyma jedną ręką szkło powiększające, a drugą kraba – red.), czy to kwalifikowałoby się do tych dziwnych oznak?

Jak najbardziej, zmierzamy w dobrym kierunku...


Ale ja miałem naprawdę wspaniałe dzieciństwo! Przeżyłem je w Australii, więc było to dojrzewanie w dziwnym, niezurbanizowanym środowisku. Te wszystkie zwierzęta były niesamowite, a ja i moi rówieśnicy ciągle byliśmy czymś zajęci: jeździliśmy konno, łapaliśmy węże... Było naprawdę dziko.

Mimo tych dobrych wspomnień nakręciłeś „Szalonego psa Morgana” w taki sposób, że australijski rząd bał się, że film odstrasza turystów...


W Australii chciano wtedy zwiększyć wpływy z turystyki i jednocześnie zaczęto dofinansowywać powstające tam filmy. Kiedy więc komisja filmowa zobaczyła, jak Dennis Hopper (odtwórca głównej roli – przyp.red.) zostaje zgwałcony w więzieniu, no cóż... gwałt na mężczyźnie – wtedy niemal jedyny w historii kina - naprawdę ich uraził. W każdym razie, to było wtedy. Teraz „Szalony pies Morgan” jest już uznawany przez Australijczyków za klasyk i ważną część historii ich kultury.

Powracając na chwilę do dzieciństwa i tego, że nie oszczędzasz w jednym ze swoich filmów tzw. super-bohaterów: który super-bohater był twoim ulubionym -  i czy taki istniał?

Oczywiście, że tak: to był ktoś nazywający się The Phantom. Był naprawdę popularny w Australii (komiks wychodzi tam nieprzerwanie od 1948 roku – przyp.red.).

Zaglądasz czasami do kina na te nowe filmy o super-bohaterach? Na przykład, wśród tych nowszych, „Iron Man 2”..?

Kto?

Iron-Man.

Ach, on. Tak, tak, byłem, ale czy mi się podobało...? Wiesz, kiedy zrobiłem „Powrót Kapitana Niepokonanego” w latach 80-tych, nikt wcześniej nie stworzył filmu o super-bohaterze z problemami. Dzisiaj każdy z nich je ma! Dlatego moim zdaniem to już trochę passe...

Dobrze, więc może o problemach. Wiesz zapewne, że reżyserzy odwiedzający ten festiwal uczestniczą w specjalnych sesjach zdjęciowych, z której jedna fotografia-portret każdego z nich trafia później na ścianę w kinie Helios. Zdaniem organizatorów, to zdjęcie ma zawsze oddawać najlepiej charakter danego twórcy. Co  w takim razie wyraża twoje zdjęcie?


Naprawdę taka jest wokół tego teoria? A to ciekawe! Lubię to zdjęcie, ale tak naprawdę wygląda ono w ten sposób, bo kiedy fotograf właśnie miał je zrobić, zacząłem napinać mięśnie twarzy. On wybrał dobrym moment: pstryk! i tak powstało to zdjęcie.


Zdjęcie z festiwalowej sesji zdjęciowej: Rafał Placek dla enh2010.blogspot.com

foto: Rafał Placek


To się nazywa kreatywność fotografa.

Kreatywna i artystyczna swoboda działania fotografa... Ale czy to oddaje moje wnętrze? Naciąganie mięśni twarzy? Nie, w żadnym wypadku.

Na koniec dwa poważniejsze pytania o – różnie pojmowaną – historię. Po pierwsze, czy to prawda, że planujesz odwiedzić Oświęcim?

Tak, właściwie jadę tam... jutro. Czuję, że powinienem to zrobić, czułbym się źle, gdybym tam nie pojechał, będąc tak blisko. To będzie smutne doświadczenie, ale wydaje mi się, że to mój obowiązek. Wielu moich krewnych straciło tam życie, więc to dla mnie ważne.

Zmieniając temat i na koniec łącząc przeszłość z przyszłością: w jednym z tekstów opublikowanych przed ENH, autor pisze, że są reżyserzy, o których historia kina zapomni - ze względu na to, jakie filmy robili. Wśród nich wymienia ciebie. Czy kwestia przejścia do historii, zapamiętania, jest dla ciebie istotna?

Nie, ani trochę. Wydaje mi się po prostu, że o takich rzeczach nie można myśleć.

Skoro tak: kilka minut przed naszą rozmową widziałem film „Shit Year”, z Ellen Barkin w roli głównej. Opowiada historię aktorki, która po naprawdę złym roku przechodzi na emeryturę. Wydaje ci się, że ten rok, ten czas -   zbliża się i dla ciebie? Myślisz w ogóle o czymś takim jak emerytura, koniec z filmami?

Właściwie jest dokładnie odwrotnie: mam 6 kolejnych filmów, w które jestem zaangażowany, więc nie mogę narzekać na brak zajęć. Poza tym, gdybym przestał kręcić filmy, zupełnie nie wiedziałbym, co ze sobą zrobić! Byłbym bardzo dobrym kelnerem, ale to mogłoby być trochę nudne... Zostanę więc przy filmach.


Rozmawiał: Adrian Fulneczek
Foto: Lech Basel

 

Pełny progam 10. edycji ENH

 

Relacje "na żywo" z festiwalu publikujemy na naszym profilu facebook

 

Więcej o ENH




Dodaj do:







Komentarze


boo, IP 87.105.184.154
2010-07-30 19:17:39

swietny wywiad!



Anonymous, IP 88.156.87.208
2010-08-06 18:32:03

na zdjęciach też ciekawie się prezentuje :)



Dodaj komentarz

Nick:
Treść:




© 2008 - Punkt Informacji Kulturalnej - Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Projekt i Wykonanie: BetterSite.pl
email marketing