newsletter:

ENH - Zawartość muzyki w muzyce

czwartek 29 lipca 2010




A jednak można inaczej. Dotychczasowe proporcje koncertowe w Klubie ENH postawione zostały w środę do góry nogami. Inaczej niż w pierwszych dniach ilość muzyki w muzyce rosła. Najmniej słyszałem jej w wykonaniu rozpoczynającego ten wieczór brytyjskiego zespołu Chrom Hoof, dużo więcej popłynęło jej z komputerowej konsolety Deadelusa, a w zamykającym część koncertową graniu zespołu Wiolonczele z Miasta było jej naprawdę sporo.

   Zapowiadana jako 12-osobowa formacja łącząca metal z disco wystąpiła w Arsenale w mocno okrojonym, bo siedmioosobowym składzie. Zespół założony dziesięć lat temu przez braci Leo i Milo Smee miał porwać publiczność ryzykowną fuzją muzyki z odległych sobie światów - tanecznych rytmów disco i progresywnego rocka w ponurych klimatach metalowych. Za mikrofonem oczarować nas miała porównywana do Grace Jones niesamowita, czarnoskóra wokalistka, Lola Olafisoye.

   Spora grupa młodych słuchaczy zgromadzonych najbliżej sceny nie miała żadnych wątpliwości i wyrażali oni swój zachwyt szaleńczym podskakiwaniem, charakterystycznym zarzucaniem długich włosów itp. Niesamowite połączenie skrajnych gatunków, charyzmatyczny, ostry głos efektownej wokalistki i moc płynąca z głośników podobały się sporej części młodej widowni. Mniej więcej po 15-20 minutach ilościowe proporcje między dwoma dziedzińcami Arsenału wyrównały się i ten zewnętrzny, gastronomiczno-klubowy systematycznie zapełniał się uciekinierami, którzy nie byli w stanie wytrzymać ogromnej dawki decybeli, w której ja sam nie mogłem doszukać się muzyki. Z czytanej przeze mnie ostatnio autobiografii Tomasza Stańki zapamiętałem jedno z jego sformułowań: z punktu szeroko rozumianego człowieczeństwa równie ważne jest wzruszenie zwykłej babiny jak i kompozytora, któremu nuty układają się w kształt 9. symfonii... Całkowicie z nim się zgadzam, ale nie musi to oznaczać, że podoba mi się to samo co tym młodzieńcom pod sceną. Stosunkowo szybko więc dołączyłem do grona uciekinierów i powróciłem dopiero po zapowiedzi występu Deadelusa.

   A to była już zupełnie inna opowieść muzyczna. Z komputera i konsolety dochodziła czysta, żywa elektronika, lecz zawartość muzyki w muzyce gwałtownie wzrosła. Podobnie ilość publiczności w części koncertowej klubu. Można i z laptopa wycisnąć sporą dawkę dźwięków układających się w coś na kształt muzyki. Wystarczy być wszechstronnie klasycznie wykształconym muzykiem, umieć grać na kilku prawdziwych instrumentach (gitara, akordeon, kontrabas, klarnet) i mieć spore doświadczenie rockowe, jazzowe czy choćby folkowe. Maciej Hedejk, współtwórca wrocławskiej formacji Digit All Love, nie znał jego działalności, przyszedł na koncert zachęcony opiniami zaprzyjaźnionych muzyków. Po wysłuchaniu pierwszych fragmentów tej prezentacji stwierdził, że warto było. Bo to nie jest ot taki sobie zwykły DJ. A stojąca obok Natalia Lubrano potwierdziła to jednym słowem: Mistrzunio! Przyznam, że i ja z przyjemnością przysłuchiwałem się popisom elegancko ubranego Alfreda Darlintona, ku własnemu zdumieniu rytmicznie poruszając się w takt płynących z głośników dźwięków. Nie wytrzymałem co prawda całości. Późna pora i zmęczenie nocnym życiem zrobiły jednak swoje. Opuszczałem jednak koncertową część Arsenału w pełni usatysfakcjonowany tym co usłyszałem i zobaczyłem na wizualizacjach świetlnych współgrających z dźwiękami.

   Najciekawsza część wieczoru była jednak jeszcze przed nami. Ideą przewodnią wielu twórców poszukujących nowych horyzontów w muzyce jest łączenie wielu gatunków muzycznych. Słychać to było zarówno podczas występu zespołu Chrom Hoof jak i Deadelusa. A wcześniej z powodzeniem czynił to Baba Zula & Mad Professor. Transowa muzyka, improwizacje na wiolonczelach klasycznych jak i wspieranych elektronicznymi przetwornikami, rasowa, rockowa sekcja rytmiczna, punkowy nieomal basista, klasyczna sopranistka o niezwykłej skali głosu, a do tego całkiem popowo brzmiąca druga - to znaki rozpoznawcze zespołu Wiolonczele z Miasta - niespodzianki tego wieczoru. Chociaż mają ciekawy dorobek, występy na kilku festiwalach, w tym na Heineken Opener, nagrania muzyki filmowej, wydaną trzy lata temu płytę "no i Monika" - to cicho o nich, zarówno w mediach jak i koncertowo. Świetnie więc się składa, że istnieje Festiwal Era Nowe Horyzonty i jego Klub Festiwalowy dający możliwość poznania takich nietuzinkowych artystów. W ich występie usłyszałem najwięcej Muzyki, którą oni sami nazwali muzyką bez płci i bez gatunku. Chociaż jest w ich graniu miejsce na pop, klasykę, rock a nawet brzmienia i teksty folkowe. Jak było i widać i słychać, rzecz w tym nie co jest miksowane, ale JAK to jest robione i KTO to wykonuje. W pełni udało im się mnie zaskoczyć. I nie tylko mnie. Obok stosunkowo licznej grupy słuchaczy całemu ich występowi z uwagą przysłuchiwał się również twórca festiwalu ENH, Roman Gutek.

   To był bardzo ciekawy dzień na scenie Klubu Festiwalowego. Zakończony niezwykłym występem artystów rodem z Krakowa i Warszawy. Na znakomitym poziomie, zupełnie bez kompleksów wobec ich kolegów z Wielkiej Brytanii. A dla mnie kolejny nowy horyzont w krainie muzyki. Europejski. Za sprawą polskich artystów. Musicie przyznać, że brzmi to dumnie!

Tekst: Lech Basel

Foto: Sławomir Bernaś

Pełny progam 10. edycji ENH

 

Relacje "na żywo" z festiwalu publikujemy na naszym profilu facebook

 

Więcej o ENH

 


Dodaj do:







Komentarze


Brak komentarzy.


Dodaj komentarz

Nick:
Treść:




© 2008 - Punkt Informacji Kulturalnej - Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Projekt i Wykonanie: BetterSite.pl