W pierwszej połowie finałowego koncertu 46. „Jazzu nad Odrą” wystąpili jego laureaci. Ponieważ jury nie przyznało Grand Prix, lecz trzy równorzędne pierwsze nagrody oraz nagrodę specjalną, powstał problem koncepcji wspólnego występu. Narodził się wnet niezwykły zespół, który po jednej próbie zagrał tego wieczoru pierwszy i zapewne ostatni raz: Stepanca Balcarova na trąbce, Jarosław Bothur na saksofonie tenorowym, Piotr Szewc na alcie oraz pianista Jakub Płużek. Dostali oni wsparcie basisty i perkusisty i wykonali wspólnie kilka kompozycji m.in. K. Komedy, P. Barona oraz S. Balcarovej. Utwór młodej Czeszki miał niezwykle wymowny, oby nie proroczy, tytuł – „Hopelosse Hope”.
Po przerwie rozpoczęła się Gala Polskiego Jazzu.
Tegoroczny „Jazz nad Odrą” zdominowany był przez małe składy: słuchaliśmy jazzu granego solo (P. Metheny, B. Weseltoft), wystąpiło kilka duetów (L. Możdżer–N. Vasconcelos, RAW Materials), niezapomnianym przeżyciem były koncerty D. Sanborna i R. Cartera. No cóż, kryzys (na szczęście tylko ten finansowy, a nie artystyczny) dotarł i do jazzu.
Tym większa zasługa Zbigniewa Czwojdy, że udało mu się stworzyć na czas „Jazzu nad Odrą” Big Festival Band i zaprosić do niego wspaniałych muzyków. Jak sam powiedział, sekcja saksofonów jego orkiestry to najlepsza sekcja w Polsce: Piotr Baron, Igor Pietraszewski, Robert Kamalski Jerzy Główczewski i Henryk Miśkiewicz. A to, co pokazali zaproszeni soliści: Janusz Muniak, Leszek Żądło i Zbigniew Namysłowski, rozgrzało do czerwoności wielopokoleniową publiczność, wypełniającą tego dnia salę Impartu do ostatniego miejsca. Jeżeli dodamy do tego żywiołowe popisy weteranów jazzu tradycyjnego: Marka Michalaka na puzonie, Jana Kudyka na trąbce oraz niezwykle energetyczny i przebojowy (Papaja!) występ niewątpliwej gwiazdy tego wieczoru, Urszuli Dudziak, to nietrudno będzie zrozumieć, że rozentuzjazmowana publiczność nagrodziła ten koncert owacjami na stojąco i „wymusiła” kilkakrotne bisy. Jeszcze raz okazało się, że swingowa formuła wspólnego grania znanych standardów nie wyczerpała się i może sprawiać wielką frajdę zarówno samym muzykom, jak i słuchaczom.
Tym samym 46. Wrocławski Festiwal Jazzowy „Jazz nad Odrą” przeszedł do historii. Zakończył się taki niezwykły czas we Wrocławiu, gdy, jak to wymownie określił Piotr Iwicki w swoim festiwalowym felietonie, był „czwartek, czyli piątek, a potem piątek, czyli sobota, a ściślej czwartek, który jazzowo zakończył się już w piątek, oraz ten sam piątek z finałem w sobotę nad ranem”.
Zakończyło się „wielkie święto”. Czas wrócić do codzienności. Nie ma „Rury”, ale na szczęście bezdomnych jazzmanów przygarnęło kilka innych klubów, w których odbywają się regularnie jam sessions, bardzo ciekawie zapowiadają się koncerty Ethno-Jazz Festiwalu, jesienią Jazztopad, a Firlej z pewnością zaskoczy nas kilkoma awangardowymi koncertami. Jazzu w Odrze nie zabraknie!
Mi zaś udało się nie połamać ani palców, ani klawiatury podczas tego reporterskiego debiutu w Punkcie Informacji Kulturalnej. Dziękuję bardzo włodarzom portalu za stworzenie mi takiej niespodziewanej możliwości przyglądania się mojemu ulubionemu festiwalowi z zupełnie nowej perspektywy i dzielenia się swoimi wrażeniami w Internecie.
Tekst: Lech Basel