newsletter:

Jazz jest muzyką amerykańską - relacja z czwartego dnia JnO

sobota 6 marca 2010




Jeżeli ktoś ma jeszcze wątpliwości na temat definicji jazzu, powinien przyjść na koncert The Golden Striker Trio kontrabasisty Rona Cartera, grającego z Russelem Malone (gitara) i Jacky'm Terrassonem (fortepian). Jakiekolwiek tłumaczenie i opisywanie tej muzyki mija się z celem, gdyż zabrzmi banalnie. Tutaj w zupełności wystarczą trzy słowa: to jest jazz! A był to tylko jeden z koncertów czwartego dnia 46. „Jazzu nad Odrą”.


   Jestem zwolennikiem teorii, że jazz jest muzyką amerykańską tak, jak flamenco hiszpańską, fado portugalską, a kujawiak polską. Reszta świata gra lepiej czy gorzej muzykę jazzową improwizowaną, czy też okołojazzową. Trzeci dzień festiwalu dostarczył kilka dowodów na potwierdzenie owej tezy, upłynął bowiem pod znakiem Ameryki.

   Drugim zespołem, który zagrał wczoraj tego dnia we wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych było trio saksofonisty Davida Sanborna. Towarzyszyli mu Joey DeFrancesco na organach oraz Gene Lake na perkusji. Amerykanie zagrali zupełnie inny rodzaj jazzu i widownia podzieliła się: jedni entuzjastycznie oklaskiwali popisy znakomitych wirtuozów, inni z dezaprobatą opuszczali salę. Ale dla mnie jest to jedna ze wspanialszych cech jazzu – ogromne zróżnicowanie stylów, w pewnym skrócie od dixilandu przez swing, be-bop i maeinstream, do jazz-rocka, fusion, ethno i smooth jazzu na free jazzie kończąc. Każdy może znaleźć coś dla siebie.

   Ja sam również wyszedłem w połowie. Nie dlatego, że nie podobał mi się ich występ. Moim spełnieniem dnia był Carter... I nie chciałem tego zakłócać. Bardzo lubię i cenię tego muzyka. W 2008 r. miałem niezwykłą przyjemność poznać go we Wrocławiu osobiście, zamienić z nim kilka zdań, uczestniczyć w warsztatach zorganizowanych podczas World Bass Festival'u. Podziwiam jego ogromny talent, niezwykłą pracowitość, energię życiową i bardzo ciepłe podejście do wszystkich ludzi – zarówno tych początkujących studentów, jak i ukształtowanych muzyków, czy też mistrzów kontrabasu w muzyce poważnej. Doceniam także jego… pokorę.

   Wracam do mojej tezy amerykańskiej. Bowiem to, co zagrał Sanborn, to też czysta Ameryka. Tak, jak blues, swing i komercja w jazzie. Duo Raw Materials, które rozpoczęło nocny koncert w Imparcie, to kolejny dowód na poparcie tej tezy. Potomkowie emigrantów z Indii kształtowali swoje muzyczne oblicze w USA. Tworzą niezwykły duet. Grają muzykę będącą mieszaniną wielokulturowych wpływów, ale na wskroś amerykańską, a jednocześnie bardzo osobistą. Zbigniew Namysłowski z uśmiechem na twarzy przysłuchiwał się z zainteresowaniem ich wrocławskiemu koncertowi. A przecież słyszał już niejedno… Publiczność z przymkniętymi oczami, wcale nie śpiąca, mimo późnej pory, z uwagą przysłuchiwała się muzycznym opowieściom dwóch niezwykłych artystów o egzotycznie brzmiących nazwiskach: na saksofonie altowym grał Rudresh Mahanthappa, a na fortepianie Vijay Iyer.

   Innej drogi „amerykanizacji” swej muzyki spróbował polski saksofonista – Maciej Obara. Do swojego projektu o nazwie Obara Special Quartet zaprosił on bowiem wyłącznie amerykańskich muzyków. Na trąbce zagrał z nim Ralph Alessi, Marke Helias na kontrabasie oraz Nasheet Waits na perkusji. Nie jestem w stanie ocenić rezultatu tego przedsięwzięcia. Skończyła się bowiem moja chłonność, wyczerpały się akumulatory percepcji. Taka już jest specyfika festiwalowego słuchania, że w pewnym momencie przychodzi „Dzień Zero” i trzeba iść spać… Przecież następnego dnia czeka mnie Gala Polskiego Jazzu!


Tekst: Lech Basel

Foto: Sławomir Przerwa
www.slawekprzerwa.pl


więcej artykułów


Dodaj do:



Komentarze


Brak komentarzy.


Dodaj komentarz

Nick:
Treść:




© 2008 - Punkt Informacji Kulturalnej - Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Projekt i Wykonanie: BetterSite.pl