Panowie! Mam już 36 lat i zdjęcia z takiego bliska chyba nie wyjdą najlepiej – kupi je co najwyżej Pudel – rzuca do fotoreporterów z pewnością siebie i uśmiechem. Przyjmuje wielką porcję braw od zachwyconej publiczności i rozpoczyna kolejny utwór. Justyna Steczkowska wyruszyła właśnie w trasę koncertową, podczas której promuje wydany 20 marca album "To mój czas". 23 marca pojawiła się we wrocławskim Firleju.

Nieco - wydawałoby się - zapomniana artystka, koncert w średnich rozmiarów klubie na obrzeżach centrum, na dodatek w poniedziałkowy wieczór. Problemy z zapełnieniem sali? Nic z tych rzeczy. Wszystkich, którzy wyszli z domów z myślą o zakupie wejściówek na miejscu, witała biała kartka z napisem: WSZYSTKIE BILETY WYPRZEDANE. W holu, na parterze - kilka próbujących je od kogoś odkupić grupek. Nadmiar popytu, brak podaży.
Widownię zastawiono krzesłami. Wszystkie miejsca siedzące zajęte już na około kwadrans przed koncertem. Podobnie prawe przejście, lewe przejście, tylnie wyjście i wolna przestrzeń po obu stronach stanowiska operatora świateł. Zaledwie kilka minut po dwudziestej zapada kontrolowana ciemność. W głośnikach - pierwsze dźwięki utworu otwierającego nowy album.
Publiczność docenia tę - coraz rzadziej spotykaną – punktualność. Wokalistka

wygląda świetnie, co jednogłośnie (szeptem) przyznają przedstawiciele obu płci w różnych częściach sali. W każdy utwór wkłada mnóstwo energii. Nic nie zdradza tego, że dzień wcześniej występowała dla publiczności w Katowicach, a rano spędziła kilka godzin w drodze do Wrocławia.
"To mój czas", "One" czy "Skłam": to bardzo szybkie, taneczne piosenki. Wydaje mi się, że ta płyta jest w połowie melancholijna, a w połowie właśnie taneczna. – mówiła po koncercie artystka. Taki też był jej występ. Energetyczne, żywe utwory, przeplatane z tymi nieco wolniejszymi, refleksyjnymi. Steczkowska (z pomocą swoich techników) pokazała też, że wie jak zbudować nastrój. Wystarczyło zresztą zmysłowe szepnięcie: ,,a teraz... erotyk” z lekkim, rozświetlającym ciemność czerwonym światłem w tle. Chodziło o jeden z najbardziej osobistych utworów nowej płyty, który wokalistka napisała dla swojego męża: "Tylko Ty znasz te zaklęcia" – ponad 5 minut intymnego, scenicznego doświadczenia.
Przerwy między utworami artystka poświęcała publiczności. Utwór "Daj mi chwilę" zadedykowała siedzącej w jednym z pierwszych rzędów kobiecie w stanie błogosławionym: Który to miesiąc? Siódmy? Dziewczynka? Więc to będzie piosenka specjalnie dla Was. Ciąża to nie są

najprzyjemniejsze chwile mojego życia i na pewno, drogie Panie, wiecie o czym mówię – te godziny spędzone w toalecie... Ech! Kiedy jednak dziecko już się urodzi to pozostaje tylko przeogromna radość.
Widzów zadziwia czas, w którym artystce udało się – w krótkiej przerwie między kolejnymi utworami - zamienić sukienkę na czarne spodnie i wyciętą na plecach bluzkę. 15 lat na scenie, to wiesz - ma się to doświadczenie – rzuca do kolegi najwidoczniej znający się na rzeczy pan z przedostatniego rzędu.
W nowym stroju artystka zapowiada utwór "Grande Valse Brillante" legendarnej Ewy Demarczyk. Wykorzystuje tę okazję, by wyrazić swoje wielkie uznanie dla pieśniarki i dodaje: ten utwór pochodzi z czasów, kiedy piosenki rzeczywiście robiono po coś. Świetna interpretacja. Po długich brawach uradowana piosenkarka przyznaje z widoczną ulgą: martwiłam się jak przyjmiecie tę piosenkę, teraz naprawdę spokojniejsza mogę śpiewać dalej.
Po jeszcze kilku utworach z "To mój czas" wokalistka przedstawia zespół i żegna się z publicznością. Ta usilnie domaga się bisu. Steczkowska nie każe im długo czekać.

,,Pomożecie mi zaśpiewać ten refren? Buuenoos...” – tej prośby również nie trzeba było powtarzać. Po zakończeniu piosenki publika nadal prosi o więcej.
Długo nie mogłam się za to zabrać, ale nareszcie nagrałam jeszcze raz utwór Korytarze, tak jak moi fani zapamiętali go z 1997 roku. Tutaj w wersji live, lepszej niż ta na płycie. Dla moich najwierniejszych fanów, jesteście tu dzisiaj? – wrzawę przebiło kilka pojedynczych męskich głosów posyłających w kierunku sceny okrzyk "jestem!". Cała sala zostaje wynagrodzona mocno "apocaliptycznym”, niesamowitym wykonaniem tego utworu z duetem skrzypcowym rodzeństwa Steczkowskich. Widownia na kolanach.
Wokalistka wraz z zespołem kłania się po raz drugi, ale ostatecznie daje się namówić na jeszcze jedną piosenkę - "Słoneczko". Po niej, żegna się na dobre. Dziękuję Wam, dziękuję z całego serca... Większa część sali już kilka minut później stoi w długiej kolejce po autograf swojej idolki. Ta nie zawodzi nikogo. Z każdym zamienia też kilka miłych słów, przytula nalegających, z uśmiechem pozuje do wszystkich zdjęć.
Odchodzący od stolika artystki przedstawiciele młodszego pokolenia zacierają dłonie: znajomi w naszej-klasie na pewno będą pod wrażeniem.
tekst: Adrian Fulneczek
zobacz także wywiad z Justyną w Press Room