Z Lechem Janerką, legendą ostatnich trzydziestu lat polskiego rocka, spotkaliśmy się przy okazji koncertu, jaki odbył się w przestrzeni XO w ostatni piątek. W jego trakcie największe gwiazdy, w tym m.in.: Katarzyna Nosowska, Stanisław Soyka, Czesław Śpiewa czy zespół Pogodno, wykonywały największe przeboje wrocławskiego artysty. W niewielkiej garderobie - o problemach ze zdrowiem, prezencie na 55. urodziny, specyfice okresu twórczego i artystycznej długowieczności – rozmawiał z artystą Wojciech Sitarz.

W.S.: "Nowe brzmienie" Lecha Janerki. Skąd pomysł na taki koncert?
L.J.: Inicjatywa wyszła ze strony Radia Wrocław. Chcą uhonorować ludzi, którzy jakoś zaistnieli na ogólnokrajowej scenie muzycznej. Ostatnio był to Jan Kaczmarek. W tym roku przyszła kolej na mnie.
W.S.: Kto dobierał artystów?
L.J.: Poza dwoma wyjątkami, wyboru dokonało Radio Wrocław. Osobiście zaprosiłem do składu Staszka Soykę i zespół Hetane.
W.S.: Czemu akurat tych wykonawców?
L.J.: Zawsze marzyłem, żeby Staszek Soyka zagrał na fortepianie i zaśpiewał moje utwory. Bardzo cenię Staszka. Jedna z moich ulubionych płyt to właśnie jego album.
W.S.: Ostatnie kilkanaście miesięcy to przerwa w graniu. Co ją spowodowało?
L.J.: Miałem uraz kręgosłupa, który pociągał za sobą niedowład ręki. Palce lewej dłoni mi się nie domykały i przez to nie byłem w stanie grać…
W.S.: Ale już wszystko w porządku?
L.J.: Jest na tyle lepiej, że chociaż mogę próbować. Zakontraktowałem piętnaście koncertów i zobaczymy, czy wytrzymam. Dotąd nie mam na co narzekać. Sądzę, że wrócę do grania i komponowania. A w przyszłości, może nagram jeszcze jakąś płytę...
W.S.: O czym myśli muzyk, który nie może grać?
L.J.: Aż boję się pomyśleć, co w takiej chwili myśli młody muzyk. Jednak ja nie popadałem w histerię. Starałem się zająć sobie czas. Nawet sprawiłem sobie taki mały prezent na 55. urodziny - zrobiłem prawo jazdy i kupiłem samochód…
W.S.: Jaki?
L.J.: Mini.
W.S.: To może także nasunął się pomysł na nową płytę?
L.J.: Pomysły na nową płytę są związane z graniem. Muszę grać, żebym mógł komponować - a ponieważ nie grałem, nie myślałem też o nowym materiale muzycznym.
W.S.: Ale można się czegoś spodziewać?
L.J.: Trudno powiedzieć. Bardzo rzadko nagrywam płyty. Nie pracuję w takim trybie, że nagrywam szybką płytę, potem daję parę koncertów i od razu zabieram się za następną.
W.S.: Jednak, ostatnia płyta wyszła cztery lata temu…
L.J.: Nie przeraża mnie ten okres ciszy. Zdarzało się już, że te przerwy były dłuższe.
W.S.: Żadnych planów?
L.J.: Mam pewne pomysły. Jednak w tej chwili wszystko zależy od decyzji, czy są to utwory, które jestem w stanie wykonać na scenie. Musze sobie odpowiedzieć na pytanie: czy da się ukazać ich pełnie muzyczną w takim składzie.
W.S.: Cofnijmy się w czasie. Zaczynając z Klaus Mitffoch, miał pan 26 lat. Gdyby porównać ten wiek z innymi wykonawcami tamtego okresu, okaże się, że zaczął pan stosunkowo późno.
L.J.: Tak naprawdę, to z Kalusem zaczęliśmy grać, tak na profesjonalnie - z regularnym występowaniem na scenie i wydawaniem płyt - dopiero w 83 roku. Więc miałem wtedy jeszcze więcej lat, bo aż trzydzieści. Późno, ale wcześniej nie interesowałem się muzyką. Robiłem wówczas inne rzeczy i zupełnie przypadkowo zacząłem grać.
W.S.: W takim razie co wpłynęło na zainteresowanie się muzyką?
L.J.: W tamtych czasach nie było wiadomo co należy robić by przetrwać przerażającą aurę lat osiemdziesiątych. To był eskapizm - ucieczka w muzykę. Spotykaliśmy się ze znajomymi i muzykowaliśmy. Najpierw graliśmy u mnie w łazience. Potem w klubach studenckich. Pierwsze próby Klausa Mitffocha były bardziej happeningami niż prawdziwym graniem. Jednak w którymś momencie przyszła decyzja żeby nagrać płytę. Nie mieliśmy odpowiednich instrumentów wiec postanowiliśmy je zdobyć. Wystartowaliśmy w pewnym konkursie i zdobyliśmy je, a dodatkową nagrodą był kontrakt płytowy. Potem już jakoś się to potoczyło.
W.S.: Graliście niewygodną muzykę. Czy spotkał się Pan z jakimiś represjami ze strony władz?
L.J.: Bardzo nieśmiało, cenzura próbowała ukrócić niektóre moje teksty. Jednak poza tym raczej nie. To co się działo wokół, przytłaczało jednak. Ci, którzy produkowali nam stan wojenny, nie interesowali się muzyką młodzieżową. Nie byliśmy dla nich partnerami do wojny.
W.S.: Skąd wzięła się nazwa Klaus Mitffoch?
L.J.: To była prowokacja. W pierwszych wywiadach mówiłem, że dlatego mamy niemiecką nazwę, bo utrzymuje nas ziomkostwo.
W.S.: W jednym z wywiadów przyznał pan, że granie z Klaus Mitffoch nie było przyjemnością, a wręcz wiązało się z traumą. Dlaczego?
L.J.: Wynikało to z tego, że nie byliśmy muzykami. Żeby wychodzić przed ludzi, trzeba coś umieć, a myśmy tak średnio umieli. To były nieustanne próby. Nieustanny stres, że nas źle słychać, mamy słabe instrumenty, nie gramy "Autobiografii… "
W.S.: A czy solowa kariera przyniosła samorealizację?
L.J.: Moje przejście z Klausa do pierwszej solowej płyty było dość bezbolesne. Byłem na topie, więc publiczność oraz wytwórnie czekały na to, co mam jeszcze do powiedzenia. Część materiału z Historii Podwodnej [pierwsza solowa płyta – przyp. red] była już gotowa, ponieważ graliśmy ją jeszcze z Klausem. Pamiętam owacyjne przyjęcie i dobre recenzje pierwszego solowego występu na festiwalu w Jarocinie. Wtedy wiedziałem, że jeżeli nagram płytę z tym materiałem, odniesie ona sukces. Nie myliłem się.
W.S.: Przenieśmy się o 20 lat później. W 2006 r. na płycie "Polski Ogień" powracają "Konstytucje". Skąd pomysł na odświeżenie utworu?
L.J.: To był pomysł perkusisty T. Love – Sidneya Polaka i Juniora Stressa. Ja jedynie "dośpiewywałem" swoje części. Oni natomiast dopisali po latach dalszy ciąg piosenki, komentując współczesne wydarzenia polityczne. Dobrze to się skleiło, bo ideą "Konstytucji" było stworzenie piosenki lekko anarchizującej.
W.S.: Jest pan na scenie już ponad 30 lat. W czym tkwi tajemnica artystycznej długowieczności?
L.J.: Przede wszystkim miałem dużo szczęścia. Znacznie łatwiej jest grać, gdy zaczyna się mając trzydzieści lat, a nie dwadzieścia. Gdy jest się młodym, nieraz euforia przyćmiewa umysł. Pewnie też dlatego tak długo gram, bo jestem oszczędny. Nagrywam wtedy, kiedy mam coś do powiedzenia. Jak dotąd wychodzi mi to na dobre, a publiczność to potwierdza. Nie eksploatuję się specjalnie co nie znaczy, że się nie przykładam. Robię to po prostu okresami – gramy, komponujemy, nagrywamy materiał na nową płytę, a potem zapadamy w rodzaj letargu.
W.S.: Jest więc coś nowego do powiedzenia fanom?
L.J.: Zawsze jest coś ciekawego do powiedzenia…
W.S.: A kiedy można się spodziewać…
L.J.: …przebłysku? Mam nadzieję, że przebłysku. Trudno mi mówić o datach. Funkcjonuję tak, że pilnuję, by terminy nie były dla mnie ważne…
Rozmawiał: Wojciech Sitarz
Foto: Sławomir Bernaś