Doczekaliśmy się. Miał być w grudniu, a wystąpił w styczniu. W piątek, trzynastego, na scenie kameralnej Impartu wykonał swoje największe przeboje i nowe piosenki. Towarzyszył mu zespół trzech muzyków.
Mariusz Lubomski, jak na plastyka i muzyka przystało, śpiewomalował błyskotliwym słowem, głębokim dźwiękiem, oryginalnym gestem i wykwintną choreografią. Spójność tych cech nieodparcie powoduje chęć słuchania i oglądania artysty w żywiole koncertowym. Kupienie płyty może stać się namiastką przeżycia, lepszy taki erzac niż jego brak.
Artysta pochodzi z Torunia i jest zaliczany do wykonawców piosenki autorskiej. Charakterystyczne brzmienie uzyskuje wykorzystując rytmy i nastroje: bossa nowy, pieśni cygańskich, klasycznego bluesa z elementami funky, garażowego undergroundu, rockowych brzmień i piosenek aktorskich, klimatu francuskich kabaretów i nowojorskich klubów jazzowych, songów Weila-Brechta i Toma Waitsa.
W Imparcie wystąpił ze znakomitym zespołem muzyków: Wojtek Pucyn - kontrabas, Jan Smoczyński – instrumenty klawiszowe, Robert Cichy – gitara akustyczna. Ten ostatni grał bardzo sugestywnie, co dodawało kolorytu scenicznego. Jednak mistrzem od dawkowania melancholii, liryki, autentycznych emocji był zdystansowany do siebie Mariusz Lubomski. Nie bez znaczenia byli - nieobecni na scenie, a obecni w tekstach - twórcy słów piosenek - Sławomir Wolski i Jan Wołek. Artystyczny tandem Lubomski - Wolski sprawdził się po raz kolejny. Publiczność żywiołowo reagowała słysząc pierwsze dźwięki „Spacerologii”, „Nie skreślaj mnie”, „Psychobójcy”.
Żeby poskładać w jakiś rytm
kształty, kolory, dźwięki, słowa;
Żeby nie każda myśl i czyn
dały się mądrze motywować;
Żeby móc robić rzeczy głupie,
człowiek wymyślił sobie sztukę.
(fragment tekstu „Żeby”)
I całe szczęście, że Mariusz Lubomski chce robić „rzeczy głupie” i - jak śpiewa w innym utworze - bywać czasem w „złym towarzystwie”: ambiwalencji, sceptycyzmu, ironii, sarkazmu, dekadencji, paranoi.
tekst: Dorota Olearczyk
foto: Julian Olearczyk







