Neurony poruszone, świadomość rozstrojona

sobota 30 października 2010




Są takie koncerty, których brak rozgłosu, kameralność i umiejscowienie tworzą niesamowity klimat. Taki, że czuje się specjalną więź z artystami, które wywołują wrażenie, że jest się częścią czegoś szczególnego. Taki właśnie był czwartkowy występ w Centrum Reanimacji Kultury.


Na scenie miały się zaprezentować cztery zespoły ze wspólnym mianownikiem hardcore'u. Oczekiwania względem każdej z kapel miałem wysokie – słuchając płytowych kawałków przed koncertem, przygotowywałem się na przesiąkniętą emocjami gitarową energię. Mimo to, już od pierwszego utworu, to czego się spodziewałem zostało przerośnięte dziesięciokrotnie.

Pierwszym pozytywnym zaskoczeniem było nagłośnienie. Wchodząc do C(y)RKowej Koncertowni przywitały mnie kolumny sięgające niemal sufitu wąskiego pomieszczenia. Akustyka i jakość sprzętu zapewniły klarowny dźwięk. Doskonale było słychać zarówno instrumenty jak i wokale.

Po lekkim opóźnieniu, które dało czas ludziom zebrać się na sali, na scenie pojawili się muzycy z  wrocławskiego Guantanamo Party Program. Zespół zaczął energetycznym zastrzykiem, porównywalnym do aplikowanej dosercowo adrenaliny. Garażowy klimat metalcore'owych riffów jeszcze bardziej skrócił dystans między artystami a publicznością. Wrocławianie grali dość jednostajnie, ale nie schematycznie, co umożliwiło odbiór całym ciałem. To, co wyróżniało GPP na tle późniejszych zespołów, to niesamowicie klimatyczne zastosowanie dysharmonii w zwolnieniach. Pozornie niepasujące do całości dźwięki dopełniane przejmującym scream'em budziły niepokój, a emocje, które rzucały wokalistą po całej scenie były wręcz namacalne. Wszyscy muzycy, choć z wyglądu niepozorni, swoim feelingiem mogliby obdarować każdego z zebranych z osobna. Sprawiali wrażenie, jakby nie było nic poza ich muzyką. Niestety, wokalista momentami potrafił przedobrzyć przy tym dość komicznie, ale nie było to rażące. Ostatnim utworem Guantanamo zostawili spory niedosyt. Przeciągający się, budujący napięcie post-rockowy riff urwał się nagle zawieszając publiczność w oczekiwaniu na uderzenie. To jednak nastąpiło dopiero parę sekund później. Z rąk klaszczących.

Podczas gdy wrocławianie schodzili ze sceny w głośnikach rozbrzmiały IDM'owe nuty, pozwalające odpocząć błagającym o litość uszom, jednak nie wytrącając z klimatu. Na tle tych dźwięków przed publicznością pojawił się mocno sfeminizowany skład oraz barell drum, co zwiastowało następny zespół – warszawskie DNO. Malutka ciałem, ale ogromna głosem Alina zwykłym Raz! wykrzyczanym do akustyka zatrząsła posadami sali. Już przy pierwszym utworze zarówno ja, jak i cała reszta publiczności została przekonana, że hardcore'owy punk i kobiecy wokal, nawet w liczbie mnogiej, wcale się nie gryzą. Głosy obu pań, (basistka Olga również udzielała się w niektórych partiach) idealnie się dopełniały. Miało się wrażenie, że za mikrofonem stoi rozwścieczony legion anarchistów. Muzycznie DNO zaprezentowało proste, chwytające riffy z punkowym zacięciem. Nie mogło to pozostać bez odzewu. Statyczna w czasie występu Guantanamo publiczność zaczęła z początku nieśmiało ruszać się pod sceną, by pod koniec koncertu z trudem łapać oddech. Dopasowane do muzyki przeskakujące urbanistyczne i wojskowe sceny zacierały jakiekolwiek ślady złego wrażenia, które wywoływała wspomagająca perkusistę na barell drumie Jola. Artyści pożegnali się ze sceną kawałkiem z antyfundamentalistycznym przesłaniem, które w kontekście wcześniejszego wezwania do udziału w blokadzie marszu ONR w Warszawie i psychodelicznej gitary przyćmił ostatnią, przesadzoną wizualizację.

Już chwilę później na scenie zaczęła rosnąć trzecia kolumna, bębny zostały przestawione na sam brzeg, co zwiastowało pojawienie się La Casa Fantom. Przyznam, że gdy usłyszałem określenie dwuosobowa orkiestra z norweskiego lasu uśmiechałem się z politowaniem. Jakież było moje zaskoczenie, gdy wraz z dźwiękami basu i perkusji miałem wrażenie, że widzę fiordy rosnące pod sceną. La Casa Fantom nadali słowom drum'n'bass zupełnie nowego znaczenia. Podchodząca pod black metal energia, przestrzenność dźwięku, której, faktycznie, pozazdrościć by mogły niektóre orkiestry, wszystko to sprawiło, że CRK zostało przeniesione w sam środek Skandynawii. Dodając do tego głęboki growl obu muzyków nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że Norwegowie mają ten rodzaj wokalu we krwi. Osobiście czułem klimat legendarnego Immortala w bardziej poukładanym wykonaniu. Artystom udało się także uniknąć sztuczności, dość częstej przy tego typu muzyce. Perkusja sama w sobie tworzyła muzykę, bass zdawał się zastępować trzy inne instrumenty. W efekcie przy licznych, szybszych momentach posadzka podnosiła się pod samą szyję. Ci którzy jeszcze mieli siły – a znalazło się ich całkiem sporo – w końcu ruszyli się z miejsca niesieni mrocznymi dźwiękami i alkoholem krążącym we krwi.

Norwegowie zostawili publiczność z bębenkami w strzępach i uczuciem głębokiego szacunku dla swoich umiejętności. Nie minęło jednak 15 minut a uszy zebranych znów zostały poddane kolejnej próbie. Na scenie pojawił się ostatni zespół tego wieczoru – Membrane. Osobiście, na występ trójki Francuzów czekałem najbardziej. To właśnie ich muzyka, zaciekawiła mnie do tego stopnia, żeby zdecydować się na odwiedzenie CRK.

Poprzednicy zawiesili bardzo wysoko poprzeczkę i przy pierwszym utworze Membrane myślałem, że się zawiodę. Wejście było bez wyrazu, totalnie nijakie na tle muzycznego orgazmu jaki towarzyszył mi przy wcześniejszych występach. Jednak już przy drugim kawałku trio stanęło na wysokości zadania, grając ciężko i wolno. Na myśl przywodzili mi odrobinę przyśpieszone Neurosis z okresu płyty „True Silver in Blood” i genialnego „Locust Star”. Poziom ten nie spadł aż do końca występu. Oczekiwanie było zdecydowanie warte zachodu. Całość klimatu dopełniały także znajome twarze wykonawców z poprzednich zespołów migające wśród ludzi pod sceną. Nie było już głowy, która by się nie kiwała w rytm post-metalowych uderzeń. Głęboki wokal Nico i wchodzący pod scream głos Jérome zamieniły Koncertownię w prawdziwy Ozzfest, wypełniały zwolnienia dając im energię pełnych riffów. Wśród repertuaru nie zabrakło także nowości, wskazujących na wejście muzyków w tereny mieszanki Isis-Mike Patton. Mimo usilnego poszukiwania słabych punktów, wiedziony zwykłą złośliwością musiałem w końcu skapitulować. Nie byłem widocznie osamotniony w tym zdaniu, poniważ Francuzi zagrali pierwszy tego wieczoru bis. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że trzymali ten utwór jako wisienkę na torcie. Nadzwyczaj ciężkie, post-metalowe uderzenie, dorównujące takim, jakie można było usłyszeć w Firleju podczas występów A Storm of Light i Ufomammut. Niestety, efekt został zepsuty drugim bisem, gdzie na żądanie publiczności muzycy powtórzyli pierwszy utwór występu.

Ponad czterogodzinny koncert usatysfakcjonował chyba wszystkich zebranych. Do biletu, który swoją drogą kosztował śmiesznie małe pieniądze dołączono pełen pakiet egzotycznych, muzycznych doświadczeń oraz późniejsze dzwonienie w uszach. Jako gratis otrzymałem świadomość, że są jeszcze stosunkowo młode zespoły, których muzyka wymyka się konwencjom tak skostniałych gatunków jak punk czy black metal. Są też takie, które mogą grać w sąsiedztwie, w garażu pod blokiem, w opuszczonej fabryce, ale są to muzycy, którzy doskonale wiedzą jak poruszyć odpowiednie neurony by rozstroić świadomość.


Tekst: Tomasz Rusin


Dodaj do:







Komentarze


Brak komentarzy.


Dodaj komentarz

Nick:
Treść:




© 2008 - Punkt Informacji Kulturalnej - Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Projekt i Wykonanie: BetterSite.pl
email marketing