Okryta platyną „Skała” to nie jedyny w tym roku nowy projekt Kayah. Trasa koncertowa Kayah Akustycznie nie bez powodu zelektryzowała wszystkich fanów piosenkarki. W jej ramach, 12 grudnia słynna wokalistka zawitała również do Wrocławia. Przy okazji tego występu rozmawiał z nią Jakub Belina Brzozowski.
Jakub Belina Brzozowski: „Skała” to druga z Twoich płyt, którą wydał Kayax. Porównując to do twoich dawniejszych doświadczeń: łatwiej było pracować nad płytą kiedy miałaś kontrolę nad każdym najdrobniejszym aspektem jej produkcji, czy też łatwiej było kiedyś, gdy ty zajmowałaś się muzyką a resztą martwił się kto inny?
Kayah: Wbrew pozorom, zawsze martwiłam się o wszystko. Każda moja płyta od początku do końca była zawsze zwartą koncepcją, ale i wizerunek i cała strategia były z tą koncepcją związane. Za każdym razem czuwałam nad tym osobiście, bo choć wydawałoby się, że wszelkie straty finansowe musiałaby pokryć wytwórnia, tak naprawdę zawsze ponosi je twórca – to on zbiera wszystkie cięgi. Oczywiście w przypadku „Skały” dochodziła jeszcze presja związana z naszymi nadziejami i oczekiwaniami, ale te niesie ze sobą każda nowa płyta. To jest jak zdawanie egzaminu przed sobą i nie tylko. Ważne jest, czy płyta będzie zrozumiana i właściwie odebrana. Cieszę się, że się nam udało osiągnąć „Skałą” sukces i że było to wydarzenie muzyczne. Ciężko na to pracowałam.
Dlaczego na płytę z zupełnie nowym materiałem czekać musieliśmy aż 6 lat? Musiałaś do tej płyty dojrzeć, czy byłaś już gotowa do pracy, ale nie miałaś na nią czasu – nie pozwalały na to obowiązki w Kayax, sprawy rodzinne, gdzieś przewinęła się Fabryka Gwiazd...?
Przez ostatnie 6 lat żyłam bardzo intensywnie. Zagraliśmy parę setek koncertów w Polsce i poza nią. Prowadziłam festiwal w Opolu i Sopocie z ogromnym recitalem, Fryderyki, byłam jurorem w Fabryce Gwiazd, wydałam i promowałam swoje dwa albumy – „The Best And The Rest” oraz pierwszy w tej części Europy krążek z cyklu „MTV Unplugged”. Jako wydawca w Kayaxie wydałam ponad 30 płyt innych wykonawców w tym Marii Peszek, Smolika, Zakopower, czy Sofy. Angażowałam się w kampanie reklamowe, wspierałam akcje charytatywne i kampanie społeczne. Jestem też pełnoetatową matką, prowadzę normalne życie gospodyni i lubię też podróżować. Poza muzyką mam inne pasje, którym z chęcią się poświęcam. Swoje płyty piszę sama, nie korzystam z banku piosenek zwanego publishingiem, co więcej sama go zasilam, pisząc utwory dla innych artystów. Piosenki powstają na kanwie różnych przeżyć, refleksji, a te przychodzą z czasem. Nie odczuwam obowiązku wydawania płyt często. Jaka to gwarancja poziomu artystycznego? Jeśli mają być o czymś, musi się coś wydarzyć. Nie mam ochoty oszukiwać słuchacza. Szukać na siłę tematów i muzycznych rozwiązań. Działam tak, a nie inaczej z szacunku dla swojego odbiorcy. Dość jest miałkich przekazów. Nie chcę być w tym gronie.
Zapowiadałaś „Skałę” jako płytę archaiczną, bez hitów. Tymczasem, pierwszy singiel szybko zdobył szczyt listy przebojów Radia Złote Przeboje, płyta zadebiutowała również na 1. miejscu OLIS-u. Spodziewałaś się takiego sukcesu?
Nie, to miła niespodzianka. Chociaż muszę przyznać, że „Jak Skała” wydawała mi się piosenką z potencjałem, ale wszyscy z uwagi na długą tzw. rozbiegówkę twierdzili, że nie jest ona radiowa. Nie przejmowałam się tym, bowiem zadaniem płyty „Skała” nie było tupanie nóżką ani kołysanie rzędów na festiwalu, ale wzruszanie i refleksja. Dziękuję wszystkim, którzy właściwie to odebrali. Dziękuję też rozgłośniom radiowym, że nie poddały się stereotypom, sztampie i odważnie grały tę piosenkę, przysługując się mojej misji i popularności płyty.
„Skała” miała być inna również ze względu na to, jak przyjęte zostały „Jaka Ja Kayah” i „Stereotyp”. Mówiłaś że odchodzisz od tego kursu w swojej twórczości, gdyż nie został on do końca zrozumiany i doceniony przez publikę. Czy czujesz, że „Skała” została w jakiejś części uformowana przez oczekiwania mediów i fanów? Czy ta płyta jest w pełni „twoja”?
Nie dlatego odeszłam, że czułam się niezrozumiana. „Skała” też mogła się borykać z „samotnością”. Odeszłam, bo dojrzałam do odwagi zrobienia płyty innej, spokojnej i mądrej, nie zważając na trendy, czy właśnie oczekiwania innych. Choć nie zawsze czułam się pewnie, podjęłam to ryzyko i dziś wiem, że było warto. Właśnie skończyłam swoją trasę koncertową promującą „Skałę”, zagrałam 13 cudownych koncertów, na których miałam przyjemność gościć wspaniałą, inteligentną i bardzo wymagającą publiczność. To dla artysty wielka nagroda. Ludzie potrzebują prawdziwych emocji, a moje emocje takie są – treści uniwersalne, śpiewam o sobie, o innych, o człowieku, tak, by dotrzeć do duszy. Nie sądzę, by takie były oczekiwania mediów. Raczej chyba zawsze wszyscy czekają na „Prawy do lewego” lub choć przynajmniej „Testosteron”. A mi się teraz tak nie chciało. Co nie znaczy, że za jakiś czas nie zatęsknię do rytmu i fajerwerków... W sztuce jestem szczera, jeśli mam w sercu melancholię, nie będę się wić przy dyskotekowej kuli.
Jak daleko byłabyś w stanie posunąć się, by usatysfakcjonować swoją publiczność? Czy gdyby okazało się, że Polacy marzą o Kayah śpiewającej w stylistyce disco polo, byłabyś w stanie pójść na tak daleko idący kompromis pomiędzy oczekiwaniami a własną wizją swojej muzyki?
Nie wiem. Wydaje mi się, że nigdy niczego nie robiłam pod publiczkę. Czy na stare lata zdurniałabym tak strasznie, że stać by mnie było na zdradę własnych wartości? Nie sądzę. Moi fani to właśnie ludzie, którzy szanują mnie za wierność sobie i im, są mi wierni od mojej pierwszej autorskiej płyty „Kamień”. To oni w pierwszej kolejności biegną po nową płytę, dzięki nim „Skała” była już złotem w tydzień, a platyną w niecały miesiąc. Dlaczego miałabym im to zrobić? I dlaczego sobie? Co innego zabawa. Mam dystans do siebie. Ale świat wiele razy pokazał, że brak mu dystansu. „Prawy do lewego” to miał być żart, pastisz, fraszka na polską naturę, a stało się tak, że toast wszedł na stałe do polskiej kultury biesiadnej. Pewnie to i pozytyw. Dziś tak to pojmuję, choć na początku był to wielki szok.
W jaką stronę pójdzie teraz Kayah? Czy jest możliwy powrót do wspominanego już stylu „Jaka Ja Kayah” i „Stereotypu”, czy też pójdziesz raczej za tym, co słyszymy na „Skale”? A może zupełna niespodzianka, tak jak kiedyś współpraca z Bregovicem? Przewijały się plotki o Youssoufie N'Dourze...
Wszelkie moje afrykańskie i azjatyckie plany muszą poczekać. Została już nagrana i ostatecznie sformatowana nowa płyta, która ukaże się na początku marca 2010 roku. Nagrałam ją z uznanym na całym świecie „Royal String Quartet”. I znów nie ma to nic wspólnego z komercją. Poziom artystyczny jest tak wysoki, ładunek emocjonalny tak ogromny, że nie mam wątpliwości co do tego, że będzie to bardzo ważna płyta w moim życiu.
Czy jest szansa, że na nowym krążku usłyszymy więcej pozytywnych, radosnych utworów? Na „Skale” mamy właściwie jednego rodzynka „Nie chcę niczego więcej”, ale nie zmienia on ogólnego wrażenia, że jest to kolejny album utrzymany raczej w smutnym nastroju.
To ciekawe, bo ja „Skałę” odbieram bardzo budująco i optymistycznie. Wystarczy tylko chcieć zrozumieć tekst „Lustro czeka”, czy „Do diabła z przysłowiami”. To są raczej przesłania i nauki, że sami jesteśmy kowalem naszego losu i że syndrom ofiary jest postawą negatywną. Nie mogę się więc zgodzić. Natomiast na nowej płycie będą prawie same smuty – ja na swój użytek nazywam to „wyrwijwątrobą” i „zerwijkapturem”. Na naszych koncertach jest natomiast tyle śmiechu i żartów, że wszystko się pięknie równoważy. Jestem bardzo pogodną osobą, uwielbiam żartować, również z siebie, ale artystycznie spełniam się niewątpliwie w klimacie poważnym. Taki koloryt.
Czy ta widoczna w twojej twórczości dominacja niewesołych tekstów ma jakiś związek z twoim usposobieniem? Czy naprawdę dzieje się w twoim życiu więcej złego niż dobrego, czy też po prostu nie potrafisz - bądź boisz się - wyrażać radość słowami?
Muszę zmartwić moich wrogów. Żyję cudownym życiem, pełnym przygód, podróży, ciekawych i nieprzeciętnych ludzi, robię to co lubię i jeszcze mi za to płacą. Mam ogromną satysfakcję z rodzinnego życia i z pracy zawodowej. Czasem odczuwam samotność, czasem zasmuca mnie świat i ludzka natura. Czuję się odpowiedzialna za naszą rzeczywistość, dlatego mówię w piosenkach o rzeczach ważnych, mających dotrzeć do świadomości kogokolwiek nawet przez tupanie nóżką. Są lepsi od śpiewania o kołyszących się biodrach i już. Nie wchodzę im w paradę. Ja nazywam głębokie emocje, bo mam do tego predyspozycje. Czuję się naprawdę obdarowana przez Boga wielką umiejętnością docierania do ludzkiej duszy. Każdy z nas przychodzi na świat z pewnym zadaniem, moja misja jest taka. Śpiewam dla ludzi muzykalnych i wrażliwych, czy dotarłabym do nich piosenką o niczym? Moje życie jest bogate w znaczące treści, odczuwam głęboko straty, cierpienie, innych także – widzę to i opisuję. Kiedy śpiewam w pierwszej osobie nie zawsze śpiewam o sobie. Mam ogromną empatię. Lubię i umiem słuchać innych, a ich historie służą mi jako kanwa do tekstów. Nie jestem Czarną Madonną z tych lat, tylko ustami wielu ludzi, którym właśnie ciężko jest nazwać to co czują. A mi jest trochę łatwiej.
Rozmawiał: Jakub Belina Brzozowski
Foto: Ewa Marcinek