Przy okazji koncertu grupy Lipali we wrocławskim klubie Od zmierzchu do świtu udało nam się przeprowadzić rozmowę z liderem zespołu, filarem kultowej grupy Illusion, Tomaszem „Lipą” Lipnickim. Dziki i wytatuowany rockman okazał się bardzo stonowanym człowiekiem, ciekawie opowiadającym o swojej karierze. Z Lipą rozmawiał Kamil Pawłowski.
Kamil Pawłowski: Twój pierwszy zespół to She. Czytając informacje o tej grupie i zestawiając je z dzisiejszym obliczem Lipy możemy poczuć się zaskoczeni. She było zespołem inspirującym się takimi kapelami jak The Cure, czy U2. Powiedz coś więcej o tym tworze.
Tomasz „Lipa” Lipnicki: Porównywanie nigdy nie było moją mocną stroną. Byliśmy młodymi ludźmi zafascynowanymi dźwiękami,
którzy chcieli robić swoją muzykę i całe szczęście mieli ku temu okazję. Pierwszą płytę She uważam za całkiem udaną, było na niej sporo dobrych pomysłów, świeżości, radości grania, poszukiwania i zabawy. Niestety, druga płyta moim zdaniem była sztuczna, było na niej za dużo kombinowania, za mało pracy – trochę do dupy. Może też dlatego zespół się rozpadł.
W czasach She po raz pierwszy wyszedłeś na scenę w kilcie, co zdarzało się także i w późniejszych latach twojej kariery. Skąd ten pomysł?
To nie był mój pomysł, to pomysł mojego przyjaciela Włodka Zynela, który obecnie mieszka na Teneryfie. Po prostu byliśmy młodymi freakami, a on wpadł na pomysł założenia kiltów, co zostało do teraz. Obecnie czuję, że czasem nie wypada mi zakładać tego kiltu, ale cały czas wisi on w szafie i czeka przygotowany na, tak zwany, „freakowy moment”.
W międzyczasie grania w She przewinąłeś się przez projekt Grzegorza Skawińskiego Skawalker. Ten zespół miał być inspirowany amerykańskim rockiem spod znaku Bon Jovi czy Ozzyego Osbourne'a. Wiem jak wszechstronnym jesteś gościem, ale trudno mi sobie wyobrazić ciebie w takim repertuarze.
Bardzo podobał mi się repertuar Skawalkera. To były rewelacyjne piosenki z super melodiami i świetnymi partiami instrumentalnymi. Rozpadł się, bo nie mogłem się rozwijać jako artysta. Mieliśmy nagrywać płytę, były przygotowania ku temu, miał być nowy repertuar, a Grzegorz nie był zupełnie zainteresowany moimi piosenkami. Ja chciałem się spełniać, to były czasy, kiedy Illusion zaczęło już powoli się krystalizować, więc nie widziałem sensu grania dalej jako wynajęty rzemieślnik. Mam swoje do roboty – chciałbym wypowiadać się w inny sposób – pisać teksty i robić muzykę. A tego niestety nie mogłem robić w Skawalkerze.
Rok 1992 to początek kultowego już zespołu Illusion. Opowiedz o tym jak kształtował się ten zespół, jak wykrystalizował się skład a także jak doszło do tego, że już po roku działalności supportowaliście samego Iggy'ego Popa?
Każdy z nas miał jakąś swoją muzyczną historię Ja miałem w She i z Grześkiem w Skawalkerze. Reszta też grała i to nie rok czy dwa, ale długie lata. Tak się po prostu złożyło, mieliśmy tyle szczęścia i fortunnych zbiegów okoliczności. Takie mamy charaktery i taką mamy wrażliwość, że powstała taka a nie inna muzyka, która w danym momencie znalazła odbiorców. Ludzie się z tym identyfikowali. To była i praca i fuks. Myślę nawet, że było w tym więcej fuksa, że stało się to w takim a nie innym momencie. Jak to się stało że zagraliśmy? Nakład płyty był bardzo duży, zainteresowanie koncertowe także. To że mogliśmy zagrać przed Iggym Popem było natomiast zasługą wydawcy. Po prostu ludzie, którym zależało, żeby nas pokazać wykonali dobrą robotę.
Od początku wizytówką Illusion były teksty, które w prosty i dosadny sposób komentowały rzeczywistość. Mógłbyś to porównać z taką szkołą pisania tekstów, jaką preferuje np. Roman Kostrzewski?
Nie wiem czy można tu mówić o jakichś szkołach. Każdy człowiek jest prawdopodobnie własną szkołą dla siebie. Każdy pisze o tym, co mu leży na sercu; bądź też robi to jak rzemieślnik – dla pieniędzy. Zawsze jednak musi włożyć w to emocje. Nie umiem analizować w ten sposób jak mówisz. Albo coś do mnie dociera, albo nie. Tekstów Romana Kostrzewskiego nie znam za bardzo. Wiem, że jest zespół Kat, ale nigdy nie interesowałem się tego rodzaju naparzaniem, ani tym bardziej zagłębianiem się w teksty. To nie moja bajka.
Kolejne lata, 1994 i 1995 przynosiły kolejne płyty Illusion. W dodatku w tychże latach zostałeś dwukrotnie nominowany do Fryderyka w kategorii „najlepszy wokalista”. Jak czułeś się będąc młodym, rockowym gościem, kiedy nagle stanął w szranki z takimi nazwiskami jak Turnau czy Soyka?
Jak idiota. Powiedziałem już dawno temu – muzyka to nie są zawody sportowe. To trafianie w czyjąś wrażliwość, zainteresowanie swoim widzeniem świata i tym podobne. To nie może być traktowane w kategoriach lepszy-gorszy. Daję temu wyraz i zawsze będę dawał temu wyraz. A jak ktoś się lubi w to bawić, to niech się bawi.
Czyli takie konkursy są bez sensu?
Oczywiście. Nie mają one dla mnie żadnego znaczenia. Nawet jeśli biorę w nich udział, to dlatego że zostałem zmuszony kontraktem, bądź też ktoś wymyślił sobie, że będzie fajnie na mnie zagłosować. Mnie to ni ziębi ni grzeje. Dla mnie to jest chore zjawisko XXI wieku.
W 1999 roku miało miejsce bardzo dramatyczne dla ciebie wydarzenie – wypadek samochodowy. Opowiedz co się wówczas stało.
Mieliśmy z kumplem poważny wypadek. Ledwo uszliśmy z życiem. Było to coś, co zmieniło moje widzenie siebie. Banalnie to brzmi, ale jest w tym prawda. Jeżeli ktoś doświadcza takich ostrych sytuacji, to na pewno zmienia mu się w głowie pogląd na wszytko. Widzi trochę inaczej wszystkie rzeczy.
Jak więc widziałeś rzeczy przed i po wypadku?
Wcześniej byłem bardziej spięty. Po tym wypadku zrozumiałem, że nie ma co się napinać. Po prostu trzeba żyć swoim życiem, bo w każdej chwili może się ono skończyć. Trzeba je kochać i rozsiewać wokół siebie tyle dobra ile się potrafi z siebie wykrzesać.
Wracając do tematyki Illusion. Przez całe okres waszego istnienia zespół trwał w niezmienionym składzie. Powiedz jak udało ci się utrzymać to wszystko w ryzach.
To nie mnie się udawało. Ja nie byłem jakimś liderem. To była grupowa praca. Póki nam wszystkim chciało się być ze sobą, czuliśmy ze sobą związek, to było dobrze. W pewnym momencie coś się źle potoczyło i przestało nam się chcieć ze sobą pracować. Mimo to w Illusion było fajnie. Nieistotne kto przynosił pomysły na kawałki, to była nasza muzyka. To jest coś, co uważam za bardzo wielką zaletę tego zespołu, że nigdy nie było kłótni o to kto zrobił muzykę. Do tej pory to utrzymuję – w Lipali jest tak samo. Muzyka jest nasza. Nie ważne kto przynosi pomysł. Wszyscy nad nim pracujemy. Jest to nasze wspólne dzieło. 
Najważniejsze żeby ten pomysł był dobry.
Dobry to też bardzo relatywne spojrzenie. Ma nam się podobać, ma wzbudzać w nas emocje takie jakich oczekujemy. Głębokie emocje. Jeśli spełnia te warunki to staramy się go umieścić na płycie.
W grudniu nastąpiła reaktywacja Illusion na jeden koncert. Zagraliście we Wrocławiu, w Hali Stulecia. Skąd wyszła ta inicjatywa?
Ten pomysł chodził za nami już jakiś czas temu. To chyba Jerzy (Jerzy Rutkowski, drugi gitarzysta – przyp. KP) rzucił hasło. On zaczął tę sprawę, wybadał że są ludzie, którzy chcą ten koncert zorganizować. Spotkaliśmy się zatem, pogadaliśmy, trochę rzeczy sobie powyjaśnialiśmy, złagodziliśmy pewne kiepskie stany między nami i doszło do koncertu. Z pewnych względów Jerzy wycofał się z elektrycznej części ale był w niej duchem, aby potem zagrać w części akustycznej. Na dzisiaj mówi, że jest znów gotowy grac elektrycznie, ale na to już trochę za późno.
Powiedz mi, czy stojąc na wielkiej scenie i widząc ten kilkutysięczny tłum skaczący, śpiewający z wami piosenki i bawiący się doskonale nie pomyślałeś sobie „Fajnie, że jest Lipali, ale brakuje mi mocniejszego grania”?
Nie, zupełnie nie. Stwierdziłem: „Fajnie, że było Illusion ale dobrze, że teraz jest Lipali”. Każdy następny dzień musi być lepszy od tego, który minął. Na tym polega progres, rozwój człowieka i jego osobowości. Na tym polega życie, żeby nie żałować tego, co było, tylko robić dalej swoje i czerpać z tego radość. Takie jest moje życie jako muzyka. Illusion było wspaniałe, miało swoje miejsce, swój czas. Zostawiło w ludziach to, na czym nam zależało żeby zostawiło i już. Przeminęło. Teraz czas na inne rzeczy, Nie tylko na Lipali, ale na bardzo wiele innych wykonawców. Czy to na Comę, czy na Egoista i innych młodych ludzi, którzy robią muzykę z równym zaangażowaniem i sercem.
Dlaczego koncert ten odbył się akurat we Wrocławiu?
Dlatego, że tak sobie wymyślił organizator tego koncertu, który za to płacił.
Nie mieliście na to żadnego wpływu?
Mnie to nawet nie interesowało. Co to za problem czy zagramy we Wrocławiu, czy w Warszawie, czy w Gdańsku? Dla mnie to żaden problem – ludzie i tak się zjawią, i tak przyjadą. Nieistotnie do którego miejsca. Jeżeli tak było wygodnie organizatorowi, to proszę bardzo.
Illusion dawało przez cały okres swojego istnienia wiele świetnych koncertów. A jaki polski zespół ty uważasz za świetny koncertowo?
Za mało chodzę na polskie bandy, żeby móc się wyrażać. Na pewno robi na mnie wrażenie Raz Dwa Trzy. Lubię ich słuchać i jak mam okazję pójść na ich koncert to sprawia mi to radość. Chciałbym pójść na występ Leszka Możdżera, bo bardzo lubię jego muzykę, więc pewnie i koncert byłby wspaniały. Ciężko mi powiedzieć, nie chodzę na koncerty młodych bandów bo nie wiem nawet, że są. Mogę powiedzieć tylko o tym co widziałem.
Zanim przejdziemy do spraw związanych z Lipali pomówmy trochę o Acid Drinkers. Jak to się stało, że znalazłeś się w tym zespole, czy to przez Ślimaka (perkusista Acid Drinkers – przyp. KP)?
Zadzwonił do mnie Yoda, ówczesny manager zespołu, i zapytał czy nie chciałbym zagrać z Acid Drinkers przez jakiś czas. Przemyślałem sprawę, oddzwoniłem, powiedziałem, że czemu nie, mogę spróbować. Było świetnie, bardzo burzliwie, gorąco, obficie, bardzo heavy metalowo i całe szczęście pokończyło się bez złych emocji.
W wywiadach wówczas mówiłeś, że chciałbyś, aby trwało to jak najdłużej. Trwało jednak bardzo krótko. Nagrałeś z zespołem tylko jedną płytę „Rock Is Not Enough”. Dlaczego tak szybko się to skończyło?
Po prostu mieliśmy siebie dosyć. To było za bujne, za mocne, niezdrowe, przegięte. Oczywiście pozytywnie. Za bardzo imprezowe także. Nikt oczywiście nie kazał, ale jakoś tak samemu się chciało.
Nie było żadnych spięć na linii Titus-Lipa?
Nie, absolutnie. Zawsze traktowałem Titusa jak szefa. To on mnie zaprosił do współpracy. Miałem swoje projekty gdzie byłem „szefem”, a to jest jego band od początku do końca. Nigdy nie miałem nawet cienia uczucia, że mógłbym uzurpować sobie prawo do upierania się przy swoich racjach. To jest zespół Acid Drinkers, w którym ja grałem na gitarze a Titus tam rządzi i tyle.
Pytanie, które nurtuje na pewno nie tylko mnie, ale wielu, którzy widzieli twój występ z Acid Drinkers na Woodstock w 2003 roku. Podczas grania „Noża” na scenie pojawił się jegomość w czerwonej czapeczce, który śpiewał razem z tobą. Któż to taki?
To był nasz przyjaciel Wołas, który przesadził z alkoholem i tak go poniosło, że zapomniał, że już ma przestać śpiewać. Trochę spieprzył muzycznie koncert, ale za to jest co pamiętać i z tego jest pozytyw.
Przejdźmy do twojego obecnego zespołu – Lipali. Spotkałem się ze stwierdzeniem, że kiedyś przy Illusion ładowało się akumulatory, a teraz przy Lipali można otworzyć „bronka” i przemyśleć kilka spraw. Co o tym sądzisz?
W Illusion miałem dwadzieścia parę lat, teraz mam czterdzieści. Muzyka się zmienia, bo ja się zmieniłem, to normalna sprawa. Każdy, kto odczuwa czas, zmienia się. To co robię też jest trochę inne, bo i moje widzenie świata jest inne niż dwudziestolatka. To jest naturalne. Aczkolwiek staram się umieć doładować trochę baterii. Ale na pewno to wszystko jest bardziej refleksyjne, bardziej stonowane, z większą ilością odcieni.
W grudniu grałeś z Illusion dla kilku tysięcy osób. Z Lipali grasz w małym klubie dla dwustu pięćdziesięciu fanów. Czy takie są założenia tej muzy, że ma być bardziej kameralna?
Illusion tez nie grało zawsze wielkich sal, to był tylko jeden taki koncert. Niedługo będę grał w Szczecinie dla dużo większej ilości osób niż była tu na Illusion. Nie ma to najmniejszego znaczenia czy się gra na dużej hali, czy na małej. Czy w klubie, czy na stadionie. Kwestia jest taka czy chcesz coś robić, czy nie. Ja chcę grać, więc jeżdżę po klubach i po stadionach. Tam gdzie mnie chcą, gdzie mogą zapłacić za mój występ i chcą posłuchać moich piosenek.
Gdzie wolisz grać?
Wolę w klubie, bo jest lepszy kontakt z widownią. Masz ludzi przed sobą. Cały czas jest interakcja, ktoś coś mówi, ktoś krzyczy. Możesz sobie pobyć z nimi jako człowiek. Na stadionie to nie działa. Fajnie się gra, ale z zupełnie innych powodów. Masz inny rodzaj przyjemności. Jest to bardzo anonimowy tłum i na pewno nie cały przyszedł tylko na ciebie, tylko na różne rzeczy. Nie wszyscy chcą słuchać tego co robisz. Interesuje ich to w stopniu słabym, albo w ogóle. Jest kilka tysięcy zapaleńców, którzy wiedzą o co chodzi i jest ok. W klubie wiesz, że ci co przyszli kupują bilety specjalnie na twój koncert. Przyszli posłuchać ciebie, twojej muzy, twojego tekstu i zobaczyć o co ci chodzi.
W inspiracjach dla Lipali wymieniasz m.in. Roberta Frippa. Jak bliski jest ci rock lat siedemdziesiątych i takie grupy jak King Crimson czy Rush?
Rush może mniej, ale King Crimson to był zespół bardzo wybitny, bardzo oryginalny. Robert Fripp do tej pory robi zajebistą muzę. Tworzy ją z bardzo wieloma różnymi ludźmi, ale zawsze słychać, że jest to Robert Fripp. To dla mnie duża postać.
Wiemy jaką muzę tworzysz, powiedz teraz coś o tym czego ostatnio słuchasz?
Jestem świeżo po zakupie krążka „Nevermind” Nirvany. Ukradli mi go kiedyś i po wielu latach w końcu znowu sobie go kupiłem. Sprawiłem sobie także Raz Dwa Trzy – Młynarskiego i Osiecką. To są ostatnie rzeczy. Niedawno na Myspace odkryliśmy gościa o nicku Egoist. Pod takim pseudonimem kryje się polski wykonawca, który robi świetną muzę. Bardzo nowoczesny rock/metal, nie wiem jak to nazwać. To na razie tyle, bo nie pamiętam więcej niż kilka dni w tył.
Czy zastanawiałeś się co będzie dalej, jaki będzie następny etap twojej muzycznej drogi?
Nie wiem, nigdy nie snułem tego typu przypuszczeń. Po prostu żyję dniem i nie wiem co będzie. Jedno jest pewne, że chce mi się nadal grać. Nadal czuję potrzebę wyrażania się tymi środkami, którymi się nauczyłem grając na gitarze i pisząc słowa. Jak kiedyś będzie to wyglądało – nie wiem. Na razie jestem na etapie Lipali, dobrze nam ze sobą, robimy muzę. Co będzie dalej, tego nie wiem i nie chcę wiedzieć.
A propos pisania słów – chciałbym zapytać o twoje wiersze. Od kiedy je piszesz?
Zacząłem pisać bodajże w wieku szesnastu czy siedemnastu lat, jak chyba większość młodych ludzi. Następują zmiany hormonalne, to zaczyna się przelewać swoje emocje na papier. Nie piszę dużo, ostatnio mam jakiś brak weny. Żona mi marudzi żeby wydać, a ja tego nie chcę. Wolę napisać dużo a jak umrę to może niech ktoś to odkryje i albo mu się to spodoba, albo nie. Mam wiersze, których nie chciałbym publicznie póki co pokazywać, udostępniać, bo uważam że są zbyt osobiste.
W takim razie może kolejnym krokiem w twojej karierze będzie poezja śpiewana?
Myślę, że już czasami udaje mi się zahaczyć o poezję śpiewaną. Oczywiście rozumianą swoiście, z taka dawką energii i ostrych gitar jaką uważam za słuszne. Nie czarny sweter, golf, długie rękawy i gitara akustyczna. Myślę, że poezję można grać ostro, rockowo.
Rozumiem więc, że nie przepadasz za taką poezją śpiewaną, jaką prezentuje np. zespół Stare Dobre Małżeństwo?
Nie znam twórczości tej grupy. Znam oczywiście nazwę, ale nie przepadam za tego rodzaju muzyką. Jakoś nigdy mnie nie kręciły przysłowiowe „długie swetry”. Aczkolwiek lubię poezję, uwielbiam Agnieszkę Osiecką. Lubię też takiego wykonawcę jak David Sylvian, którego teksty też są wspaniałe. Nie uważam się oczywiście za jakiegoś znawcę, ale tego rodzaju muzyka jak „poezja w długich swetrach” mnie raczej śmieszy.

Wspomniałeś Agnieszkę Osiecką. Słyszałeś wydaną niedawno płytę, gdzie jej teksty śpiewa Katarzyna Nosowska?
Słyszałem ze dwa utwory, uważam że są bardzo dobre. Sądzę, że Kaśka ma świetne czucie Osieckiej. Ma bardzo podobną nutę. Trochę mniej melancholijną, bardziej dołującą, ale blisko jej do niej.
W jednym z twoich wierszy pada nazwisko Lynch. Inspirują Cię jego filmy?
Myślę, że wielu ludzi inspirują. Nie tylko filmy Lyncha. Akurat wtedy miałem okres, że fascynował mnie jego dorobek i to co robił, dlatego napisałem taki a nie inny wiersz. Nie jestem jego zagorzałym fanem, ale lubię jego rzeczy.
W 1997 i 2001 roku wspomagałeś na płytach Liroya. To dość niecodzienne, aby muzyk rockowy wspomagał rapera. Współpraca wynikła z waszej znajomości prywatnej?
Tak. Kolegowaliśmy się, lubimy się i tak się złożyło, że potrzebował pomocy. Ja byłem w pobliżu, miałem chęć, więc porobiliśmy jedno, później drugie. Na zasadzie tzw. „szybkiej akcji”.
Gdzie są twoje granice? Z kim na pewno nie nawiązałbyś współpracy?
Z Wiśniewskim, z ludźmi, którzy robią muzykę, którą ja uważam za kicz. Mają oczywiście prawo do tego. Mają prawo się nią cieszyć i być może robią to szczerze i sprawia im to wielką radość, ale moja estetyka nie pozwala mi przyjąć tego do siebie. Czyli na pewno Wiśniewski i tego typu klimaty, jakieś Opole, Big Bandy... Nie bardzo mnie to kręci. Nie ma tu nic personalnego. Jest bardzo wielu ludzi, z którymi bardzo chętnie bym współpracował, jak np. udało nam się współpracować z Krystyną Prońko. To było coś wspaniałego, czułem się jak uczniak przy profesorze i wyniosłem z tego dużo emocji i dużo wiedzy.
Ostatnie słowo do twoich fanów.
Kochajcie życie i dajcie kochać je innym. To jest najważniejsze.
Rozmawiał: Kamil Pawłowski
Foto: Marcin Tomaszczuk