Punkowa przekora "Grabaża" - rozmowa z Krzysztofem Grabowskim

wtorek 5 maja 2009




„To pierwszy koncert we Wrocławiu, kiedy gramy plener i nie pada” mówi Krzysztof „Grabaż” Grabowski, lider zespołu Strachy Na Lachy, który przyjechał na występ w ramach 3 - majówki . Siada na jednej z ławek na Wyspie Słodowej i zaczyna opowiadać. O ostrzejszym klimacie w jakim zamierza nagrać nową płytę, syndromie sztokholmskim i szansach na powrót Pidżamy Porno rozmawiał z nim Wojciech Sitarz.

 

Wojciech Sitarz: Gdzie się podział szapoklak? [rodzaj cylindra, atrybut Grabaża z czasów Pidżamy Porno – przyp. W.S.]

Krzysztof Grabowski: Szapoklak odszedł definitywnie 9 grudnia 2007 roku wraz z Pidżamą Porno. Od tej pory jego los jest nieznany.

Ostatnio zażądaliście usunięcia waszej kandydatury z plebiscytu Superjedynki, skąd taka decyzja?

Wszystko co miałem wygrać, jeżeli chodzi o moją pracę, mam już za sobą. Nie uważam żeby muzyka była dobrym pretekstem do ścigania się z kimkolwiek. Nie jest mi to potrzebne - zwłaszcza pod takimi auspicjami. Telewizja ignorowała to, co robiliśmy przez 25 lat mojego pobytu na scenach. Tymczasem akurat teraz okazało się, że nie wiadomo w jaki sposób, za czasów prezesa Farfała, nagle postanowiono nas do czegoś nominować.

Podobno duża część piosenek z płyty „Piła Tango” została skomponowana jednego wieczora. Czy brak autorskiego materiału od czterech lat wynika z braku weny?

Nic nie mogłem napisać. Wynikało to z braku weny, ale również i czasu. Zajęcie się projektami płytowymi zajmuje około siedmiu - ośmiu miesięcy. Później dodatkowo gra się jeszcze koncerty. Trudno się było z tym wszystkim zebrać. Ale w listopadzie usiadłem i napisałem piosenki na nową płytę. W czerwcu natomiast wchodzimy do studia i zaczynamy nagrywać. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to nowa płyta ukaże się wiosną przyszłego roku.

Jaka to będzie płyta?

Na pewno nie będzie to klimat dwóch pierwszych krążków Strachów. Aczkolwiek studio ma to do siebie, że gdy wchodzi się do niego z wyrobioną koncepcją, to zazwyczaj płyta jest słaba.  Zwykle wchodziliśmy do studia bez koncepcji. Mamy przygotowaną część piosenek, żeby móc je grać na koncertach. Jednak, co potem z tego wyniknie, zależy już od dyspozycji dnia. Urodzi się nam taka, a nie inna koncepcja i - za nią podążymy.

Ale idziecie w ostrzejsze klimaty?

Tak. Ta płyta będzie zawierała różne odcienie muzyki, ale łojenie też będzie. Prawdopodobnie będzie to najostrzejsza płyta Strachów. Chociaż sądzę, że będą też kawałki spokojne. Tekstowo jest pół na pół: część o Polsce i złym systemie, część o miłości.

Skoro mowa o utworach, to na stronie Pidżamy napisałeś , że najbardziej nie znosiłeś wykonywać „Twojej generacji”. Czy jest taki utwór w repertuarze Strachów?

Nie znoszę „Piły Tango”. Może to za dużo powiedziane, ale nie przeżywam tego utworu tak, jak na początku. Jednak niechęci wobec „Generacji” z niechęcią do „Piły Tango” bym nie porównywał. „Generację” trzeba było grać na każdym koncercie. Z resztą „Piłę Tango” też. Choć zdarzają się miejsca gdzie nie trzeba ich śpiewać, bo publiczność nas w tym wyręcza. Piosenki traktuję jak swoje potomstwo. Jedna ci się bardziej uda, inna mniej. Jednak to nie wszystko, ponieważ są kapele, których utwory cenię znacznie bardziej, ale nie są one doceniane przez publiczność.

W jednym z wywiadów powiedziałeś , że nie znasz dobrze utworów Jacka Kaczmarskiego. Skąd w takim razie pomysł na nagranie płyty „Autor”?

Nie byłem wytrawnym znawcą. Ale przez pięć lat mieszkałem w akademiku i słyszałem je niemal codziennie. Chcąc nie chcąc - bardziej nie chcąc - to się jakoś wryło w korę mózgową. A pomysł wziął się stąd, że kiedyś – trochę happeningowo – zrobiliśmy w stylu Manu Chao piosenkę Luis Llachy - L'estaca czyli pierwowzór "Murów". Potem zaczęli do mnie przychodzić ludzie, ze zdaniem których się liczę i namawiali mnie do nagrania większej ilości. Broniłem się rękoma i nogami. Ale przyszedł taki moment, kiedy gdy skończyłem pisać teksty i kompozycje na „Piłę tango” poczułem, że w najbliższym czasie nic z siebie nie wydobędę. Pomyślałem wtedy, że może jednak na przekór wszystkim zrobię tego Kaczmarskiego. Zawsze byliśmy tezą i antytezą z panem Jackiem Kaczmarskim i pomyślałem, że jeżeli już się za coś brać, to niech to będzie coś, o co nikt by nas nie podejrzewał. Zwyciężyła punkowa przekora.

Dawniej śpiewałeś o sobie „pojebany punkowiec”, a jak teraz byś się nazwał?

„Ciągle i wciąż masz mi za złe, że już nie mieszkam w Punkrock City. Mieszkam w całkiem innym miejscu Polski i cierpię na syndrom sztokholmski” – tak to mniej więcej wychodzi tekstowo z nowej piosenki.

Gdy powstawały Strachy Na Lachy powiedziałeś, że marzy ci się tworzenie piosenek, które z powodzeniem mogłyby być śpiewane przy ognisku. Jednak obecnie nadal śpiewa się głównie piosenki Pidżamy. Nie bał się pan odrzucenia ze strony starych, wiernych fanów?

Ja tam słyszałem przy ognisku „Piłę Tango” i śpiewało ją pół harcerskiego ogniska. Wiem, że kawałki typu „Piła Tango” czy „Dzień dobry, kocham cię” są też grane na weselach, czyli nieco wyższej formie ogniskowości. Nie wierzę w instytucję starego, wiernego fana. Decyzja o rozwiązaniu była jak najbardziej świadoma. Już trochę męczyłem się tym balonem napompowanym przez Pidżamę. Od wydania płyty „Bułgarskie centrum…” nie zrobiliśmy praktycznie nic nowego i artystycznie dreptaliśmy w miejscu. A presja wokół tego zespołu była spora. Dwa lata wcześniej postanowiłem, że zrezygnuję ze statusu muzyka, który wypełnia hale, na rzecz gościa grającego koncerty klubowe w mniejszych salach. Czułem, że aby się rozwijać muszę zrobić krok w tył.

Na początku lat dziewięćdziesiątych, podobny zastój w pracy twórczej spowodował zawieszenie działalności Pidżamy, jednak po pięciu latach powróciliście do grania. Czy w tym wypadku może być tak samo?

Napisałem dla tego zespołu ponad 100 piosenek, to są moje piosenki i zacznie mi ich w pewnym momencie brakować. Nie można wymazać z siebie dwudziestu lat życia. Nigdy nie ukrywałem, że Pidżama to dla mnie najważniejszy zespół w mojej dotychczasowej karierze. Nie można wykluczyć tego, że jeszcze kiedyś wrócimy. Dwie płyty Strachów sprzedały się w większej ilości niż wszystkie Pidżamy. Zdaję sobie sprawę z tego, że ten zespół nie będzie tak legendarny i nie osiągnie takiego statusu jak Pidżama Porno. Ostatnio reaktywował się Kazik Na Żywo i bardzo podoba mi się ich formuła grania. To są ciekawe koncerty, w fajnych warunkach i miejscach. Myślę, że jeżeli podejmę decyzję ogum by jeszcze trochę powygłupiać się z Pidżamą Porno, to odbędzie się to właśnie na takiej zasadzie. Nie będziemy regularnym zespołem grającym trasy, to będzie raczej zespół występujący incydentalnie. My nie rozwiązaliśmy zespołu, tylko bezterminowo zawiesiliśmy jego działalność. Oznacza to, że równie dobrze możemy wrócić jutro, jak i nigdy… Z tym, że na pewno nie zagramy jutro.


Rozmawiał: Wojciech Sitarz





Dodaj do:







Komentarze


Kris, IP 83.31.158.2
2009-05-15 17:37:27

Grabaż jesteś zajebisty tak w SnL jak i w Pidżamie! Czekam na nową płytę Strachów :]



2000roses, IP 95.41.167.115
2009-05-18 23:55:28

Pidżama Porno to mistrz :> u mnie na czele listy, przed Strachami ;D



Jaaa, IP 82.139.32.130
2009-05-25 22:39:08

PIDŻAMAAAAAAAAA PORNOOOOOO ŁAAAAAAAAAAA



Dodaj komentarz

Nick:
Treść:




© 2008 - Punkt Informacji Kulturalnej - Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Projekt i Wykonanie: BetterSite.pl
email marketing