Teatr po drugiej stronie człowieczeństwa

poniedziałek 26 stycznia 2009




TEATR PO DRUGIEJ STRONIE CZŁOWIECZEŃSTWA

Teatr Arka jako jedyny we Wrocławiu stale angażuje do swoich spektakli osoby niepełnosprawne. O otwartości w postrzeganiu ludzi i sztuki z dyrektor teatru, Renatą Jasińską, rozmawiał Wojciech Sitarz.


Wojciech Sitarz: Skąd pomysł na aktywizację osób niepełnosprawnych w teatrze?

Renata Jasińska: Jest to pomysł jeszcze z dawnych czasów. Kiedy byłam studentką PWST we Wrocławiu, przyjechał tutaj zawodowy, francuski teatr, w którym grały osoby niepełnosprawne- i to obok zawodowych aktorów. Było to niezwykle, odbywało się w takiej średniowiecznej oprawie i tak mi się spodobało, że postanowiłam sobie: jeśli kiedyś będę miała teatr, o którym będę mogła decydować, sama zrobię taki eksperyment.

W.S.: Kiedy to wszystko się zaczęło?

R.J.: Około 5 lat temu. Wpadłam na pomysł zrobienia sztuki na podstawie "Celi" Sobolewskiej i "Poczwarki" Doroty Terakowskiej. Była to historia, w której kobieta staje przed ciężką decyzją, czy urodzić dziecko z zespołem Downa. Napisałam scenariusz i szukałam dziewczyny, która by to dziecko – córkę - zagrała. Na warsztatach terapii zajęciowej Ostoja znalazłam Tereskę Trudzik, która ma niezwykły talent aktorski, a poza tym jest wspaniałym człowiekiem. Od niej się właściwie zaczęło. Najbardziej niezwykle było to, że wejścia niepełnosprawnych aktorów były niesamowicie autentyczne, spontaniczne i prawdziwe. Ciężko w to uwierzyć, ale musieliśmy bardzo się starać, żeby z naszą techniką aktorską im dorównać. Często jest właśnie tak, że aktorów ta technika gubi, powoduje, że na scenie zachowują się sztucznie. Natomiast w momencie, w którym postawi się na scenie osobę niepełnosprawną, ale o wielkim aktorskim talencie, to ta osoba - jak mówi się w żargonie teatralnym - po prostu świeci.

U: Nie obawiała się pani  współpracy z niepełnosprawnymi? To jednak zupełnie inny rodzaj pracy niż z zawodowymi aktorami...


R.J.: Bardzo się obawiałam, nie tylko samej współpracy z nimi, ale też tego jak przyjmą to zwykli aktorzy. Na początku bardzo pomagała mi nasza terapeutka Marta Hajdrych z Ostoi, która sama jest jednocześnie świetną aktorką. Muszę przyznać, że gdyby nie ona, w ogóle nie rozpoczęłabym tego przedsięwzięcia. Mimo, że poprzez szkołę teatralną poznałam trochę psychiatrii i psychologii, nie było to na tyle dużo, żeby wiedzieć, jak z niepełnosprawnymi współpracować. Po kilku latach wspólnej pracy okazało się, że te obawy były niepotrzebne. Oni wnoszą do teatru mnóstwo ciepła, bezpretensjonalności, otwarcia.
Ich obecność spowodowała, że my wszyscy zaczęliśmy się trochę zmieniać. Teraz ja sama jestem praktykiem, może nie wykwalifikowanym terapeutą, ale dużo czytam na ten temat i dużo się uczę, rozmawiając z niepełnosprawnymi. Najważniejsze wydaje mi się to, że nie traktuję naszych podopiecznych jak niepełnosprawnych, tylko na równi z innymi. Taka zresztą była zasada, odkąd zaczęli pracować w naszym teatrze zawodowo: nie interesuje mnie ich niepełnosprawność. Oczywiście podjęłam taką decyzję z ciężkim sercem, bo zdaję sobie sprawę, że czasami kogoś tam boli serce, że się męczą. Musiałam jednak wyznaczyć jakąś granicę. Teatr to wielka dyscyplina, cisza, punktualne przychodzenie na próby. Z tym na początku były problemy, ale dzięki mojej stanowczości udało się szybko z tego wybrnąć. Z drugiej strony okazuje się jednak, że organizm ludzki, jeśli ma jakiś problem, potrafi  to z drugiej strony wyrównać: okazało się na przykład, że mają oni rewelacyjną pamięć, Tereska potrafi całej strony tekstu nauczyć się w ciągu 20 minut!

W.S.: Nie było problemu, żeby przekonać do tego pomysłu samych aktorów?


R.J.:
Aktorzy stopniowo oswajali się z nową sytuacją. Teraz czasami patrzę zdziwiona tym, że obecność osób niepełnosprawnych stała się tak normalna. Nasi aktorzy liczą się z ich zdaniem, rozmawiają z nimi, nie są zdziwieni, zszokowani, nie odrzucają ich. Mogę powiedzieć, że jestem z moich kolegów dumna, że w taki sposób przyjęli obecność niepełnosprawnej młodzieży.

W.S.: Skoro mówimy o obawach: jak publiczność odbiera takie spektakle? Czy nie kojarzyło się to ze średniowiecznym cyrkiem, w którym pokazywało się niepełnosprawnych?


R.J.: Gdy zaczynaliśmy kilka lat temu „Kuglarzami Pana Boga”, nawet studentom fot. Radosław Sąsiadek pedagogiki specjalnej opadły ręce z wrażenia, gdy zobaczyli, że niepełnosprawna młodzież może tak grać. Później, gdy na „Dziady” zaczęła przychodzić młodzież z gimnazjów i szkół średnich, też było widać lekkie zdziwienie. Teraz, kiedy już od pięciu lat gramy z tego rodzaju aktorami, jest to uważane za normalne. Poza tym przychodzi do nas dużo młodych ludzi, gdyż równolegle do teatru działa stowarzyszenie i oprócz tego, że uprawiamy sztukę, mamy też warsztaty teatralne z uzdolnioną artystycznie młodzieżą.

W.S.: Co Pani daje praca z niepełnosprawnymi?

R.J.: Poprzez bycie z nimi zobaczyłam coś bardzo ważnego dla mnie jako dla człowieka: to, że powinniśmy mieć pokorę dla naszego człowieczeństwa dlatego, że tak mało wiemy o sobie, mało wiemy o tym, co w nas jest. To, że ktoś jest niepełnosprawny, nie oznacza wcale gorszy, nawet intelektualnie, tylko po prostu inny. To inne stany świadomości, inna wrażliwość i wyobraźnia. I naprawdę ta inność jest strasznie ciekawa, inność, której ja muszę uczyć się jako aktorka, którą próbuję z siebie wydobyć. Tego uczą w szkołach teatralnych: że trzeba być otwartym. Aktor, gdy wchodzi na scenę, nie może być mądry, ma wyłączyć inteligencję. Sztuka nie ma nic wspólnego z intelektem, żyję już tyle lat i ciągle się zastanawiam nad tym, co to jest ta sztuka, skąd się to bierze. Czasami wydaje mi się, że poukładam sobie wszystko w głowie jako aktorka albo jako reżyser, a okazuje się, że to nie wychodzi. Ale jeśli się otworzę, przestanę myśleć, gdzieś coś przeze mnie przechodzi, przepływa. Trzeba na niepełnosprawnych popatrzeć w taki właśnie sposób. Dalajlama, który był ostatnio we Wrocławiu mówił,  mądrość to nie jest intelekt, to jest zbiór, serce plus intelekt, czyli coś ponad. Przez to, że nasza cywilizacja idzie w kierunku bardzo intelektualnym, technicznym, tracimy to.

U: Czym jest praktykowana przez pani teatr arteterapia?


R.J.:
Jest to praca z człowiekiem poprzez teatr. Teatr jest tutaj pośrednikiem, celem jest rozwój. Oczywiście w przypadku niepełnosprawnych polega to na tym, że my ich ciągniemy w górę, żeby wyrównać im szanse. Bardzo ważne na początek jest samo mówienie. W tych czasach młodzież mówi, w ogóle nie ruszając górną wargą. Ludzie nie otwierają ust, porozumiewają się półsłówkami, całe słowa są sporadyczne i przez to wymowa jest uwsteczniona. Od tego trzeba zacząć.

U: W jaki sposób arteterapia pomaga osobom niepełnosprawnym, bo osobom zdrowym jest raczej obca?


R.J.: Uważam, że na arteterapię można zaprosić każdego człowieka. Ludzie są teraz tak bardzo pozamykani, samotni, że nasi niepełnosprawni mają szczęście, pracując z aktorami,  że się z nami bawią w teatr. Teatr ich otwiera, pomaga im znaleźć siebie, dowartościować się, komunikować z ludźmi. Czasami widzę, jak nasi niepełnosprawni przychodzą zahukani, wystraszeni, zamknięci, a np. po roku czy dwóch okazuje się, że potrafią inaczej funkcjonować. To jest coś niesamowitego. Wpadłam poza tym na pomysł, żeby nasza czwórka została asystentami przy arteterapii. To jest taki dodatkowy bodziec dla osób, które tu przychodzą. Nagle widzą, że ich rówieśnicy, potrafią, umieją, mogą. Zaczynają więc myśleć "to czemu i nie ja?". I takie właśnie myślenie powoduje u nich otwarcie.
 

W.S: Jakie teatr ma plany na nadchodzący czas?


R.J.: Oprócz Oskara i Pani Róży (premiera zaplanowana na 19.02 – przyp. red.), w przygotowaniu jest Sen Nocy Letniej Szekspira. Proszę sobie wyobrazić...ten scenariusz jest autorstwa chorego psychicznie. Poznaliśmy go w szpitalu psychiatrycznym w Stroniu Śląskim. Potem przesłał mi mailem swój monodram. Uważam, że ten człowiek, Sebastian, ma niesamowity talent literacki - wpadłam na pomysł, żeby on napisał scenariusz na podstawie Snu Nocy Letniej z tą różnicą, że akcja dzieje się w szpitalu psychiatrycznym. Całe przedsięwzięcie odbywa się w ramach Dolnośląskiego Forum Możliwości, przedsięwzięciu finansowanemu przez marszałka województwa.

W.S.: Szekspir to jeden z pani ulubionych twórców...


R.J.: Tak, to jest druga sztuka Szekspira, jaką wystawiamy. Wcześniej był Makbet. Szekspir jest niesamowicie pojemny, wielopłaszczyznowy. Można poprzez niego powiedzieć o współczesności bardzo dużo. Ale trzecią realizacją w tym roku będzie „Paw Królowej” Doroty Masłowskiej. Sama będę robić scenariusz i tam również wystąpią osoby niepełnosprawne.

W.S: Czy zamierzacie się pokazać ze swoimi sztukami szerszej publiczności?

R.J.:
Tak, staramy się o wyjazd do Moskwy na festiwal z „Makbetem”. Jeśli chodzi o „Sen Nocy Letniej” - chcemy pojechać do Gdańska na Międzynarodowy Festiwal Szekspirowski, a także do Edynburga, gdzie sztuki Szekspira są najważniejsze.

Rozmawiał: Wojciech Sitarz


Dodaj do:




Komentarze


Brak komentarzy.


Dodaj komentarz

Nick:
Treść:




© 2008 - Punkt Informacji Kulturalnej - Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Projekt i Wykonanie: BetterSite.pl
email marketing