W pułapce samego siebie - recenzja sztuki według dramatu Różewicza

wtorek 16 marca 2010




Najnowsza adaptacja „Pułapki” we Wrocławskim Teatrze Współczesnym dała mi nadzieję, że dziś w teatrze można jeszcze tworzyć sztuki normalne. Nieopierające się na niczym nieuzasadnionej nagości, wulgaryzmach i paleniu krzyży.


   „Pułapka” powraca na Rzeźniczą po dwudziestu sześciu latach. To właśnie we Wrocławskim Teatrze Współczesnym w styczniu 1984 r. dramat Tadeusza Różewicza miał swoją polską prapremierę. Niełatwego zadania przełożenia dzieła na język sceniczny podjął się niespełna czterdziestoletni aktor i reżyser Gabriel Gietzky. Jego wiek jest szczególnie znaczący w kontekście twórczości Różewicza, która kipi od nawiązań do doświadczeń drugiej wojny światowej.
 
   Tekst „Pułapki” jest mocno fragmentaryczny. Różewicz konstruuje swój dramat z powyrywanych obrazów. Nieważna jest dla niego chronologia ani zgodność z historiografią. Utwór jest przefiltrowaną przez umysł pisarza opowieścią o Franzu Kafce. Nie jest to jednak sztuka biograficzna. Historia Kafki to tylko pretekst do przekazania innych, znaczących treści.

   Zastanawiałem się, jaką metodę przyjmie Gietzky, by przenieść „Pułapkę” na scenę. Ku mojemu zaskoczeniu obrał najbardziej oczywistą i paradoksalnie najmniej przewidywalną drogę. Wystawił dramat niemal dokładnie według różewiczowskiego oryginału. Gietzky tłumaczył, że w przeciwieństwie do dotychczasowych, mocno autorskich adaptacji, starał się zaufać Różewiczowi i pójść jego tropem. Brawa za odwagę. Brawa za wykonanie.
 
   Już na początku spektaklu Gietzky zamyka widzów w tytułowej pułapce. Zostają oni odgrodzeni ze wszystkich stron kotarami, a na scenie, w półmroku aktorzy odgrywają pierwszy obraz. Scenografia w przedstawieniu jest raczej uboga. Jej autorka, Dominika Skaza, bierze z didaskaliów tylko najbardziej charakterystyczne i symboliczne elementy. Mamy więc łóżko, stół, kufer i zagadkową szafę. Wszystkie te sprzęty ustawione są w przestrzeni ograniczanej przez kotary i światło. Tylko tyle i aż tyle. Niczego więcej na scenie nie potrzeba.

   Pierwsze trzy obrazy stanowią rodzaj prologu do reszty dramatu. Widzimy wspomnienia z dzieciństwa Franza. Zarysowuje się przed nami jego konflikt z ojcem, wokół którego Różewicz stworzył swój dramat. Narasta klimat budowany z połączenia muzyki, scenografii i emocjonalnej gry aktorskiej, w której prym wiedzie Bolesław Abart. Grany przez niego Ojciec dominuje nad całym spektaklem. Zarówno w warstwie fabularnej, gdzie w apodyktyczny sposób góruje nad resztą rodziny, jak i w wymiarze aktorskim, spychając w cień resztę obsady.
 
   Siłą „Pułapki” jest pozorna błahość fabularna. Banalna i oklepana historia o niekochanym synu, który nie radzi sobie w dorosłym życiu, bo w dzieciństwie zabrakło mu męskiego wzorca. Jeżeli tak odczytamy dramat, może nam on wydać się przegadany. Jednak Różewicz nie jest bynajmniej domorosłym wyznawcą Freuda. Równolegle przemycane są bowiem tropy do wielu pięter interpretacji.

   W czwartym obrazie widzimy zagadkowy strach Franza (w tej roli Bartosz Woźny) przed szafą. Jest ona uosobieniem tradycyjnych zasad, ustatkowanego życia rodzinnego i przeciętności, przed którymi Kafka za wszelką cenę stara się uciec. Powoduje to konflikt z Felice (Anna Kieca), której marzeniem jest, by jej narzeczony wreszcie odszedł od pisania i zasnął snem fabrykanta Niemca przy żonie Niemce. W tym kontekście nowego wymiaru nabiera też konflikt z Ojcem. Franz jawi się mu jako zagrożenie dla wyznawanego przez niego konserwatywnego porządku.

   Różewicz wplata w dramat także wątek religijny. Obraz trzeci ukazuje nam Ojca jako Antyabrahama. Franz nie jest tu ukochanym synem, którego Bóg kazał złożyć w ofierze. Jest problemem, brudnym zwierzęciem, którego trzeba się pozbyć. Podobnie jak Abraham jest ojcem wszystkich Żydów, tak Ojciec Franza jawi się nam jako rodzic uniwersalny. On jest naszym wspólnym Ojcem… to jest jeden zbiorowy Ojciec, który wysyła synów na rzeź… już przez sam fakt płodzenia w naszym parszywym świecie – wykrzyczy pod koniec sztuki główny bohater. Różewicz, a z nim Gietzky, stawiają nam pytanie, czy wykonując polecenie z Księgi Rodzaju – bądźcie płodni i zaludniajcie ziemię – nie popełniamy jednocześnie największego grzechu przeciwko następnym pokoleniom. Motywy religijne pojawiają się też w kontekście holokaustu. Opis zagłady, wsparty przez sugestywne zdjęcia z obozu w Auschwitz, skontrastowany jest ze sceną wiejskiej sielanki. Wywołuje to w naturalny sposób skojarzenie z wygnaniem z raju.

   Z Franzem, mimo iż jest głównym bohaterem sztuki, trudno się całkowicie utożsamić. Sztuka wymaga od niego wyłączności, czyni z Kafki jednostkę aspołeczną. Organizm dał mi do zrozumienia, że mam pisać – oświadcza w pewnym momencie. Ucieka więc w pisanie, bo nie rozumie otaczającego go świata. Ma problem z akceptacją siebie, zatem tworzy swój własny świat, raniąc przy tym innych. Oglądając sztukę zastanawiamy się, czy słowa Ojca, jakoby Franz nigdy nie potrafił wykrztusić słowa „My”, i zarzuty Felice o nienawidzeniu ludzkiego ciepła nie są uzasadnione.

   Choć sztuka jest bardzo dobra, zastanawiam się, na ile jest to zasługą Gietzkiego. Różewicz jakby przewidując, co współcześni reżyserzy mogą zrobić z jego dziełem, starał się opisać niemal każdy szczegół, by teatralni „wizjonerzy” przypadkiem nie zatracili jego przesłania. Gietzky, wykonując polecenia pisarza, nie sili się na eksponowanie siebie. Pełni rolę służebną wobec autora dramatu, a ingerencje w tekst są mało odważne. Czasem miałem jednak wrażenie, że nieskorzystanie z niektórych pomysłów Różewicza nie wychodzi Gietzkiemu na dobre. Rezygnacja z części opisów wizyty Maksa u Grety może powodować, że postać upośledzonego synka będzie niezrozumiała dla widzów, którzy „Pułapki” nie czytali. Żałuję też niemrawego wykorzystania postaci Oprawców. Świetnie wypadła za to postać „duszyczki” sugerowanej przez Różewicza. Postać młodego chłopczyka, pojawiającego się w najbardziej dramatycznych momentach, w połączeniu ze smyczkowymi kompozycjami Aleksandry Gryki powodowała, że po plecach potrafiły przejść ciarki.

   Droga, którą wybrał Gietzky, pozornie nie wydaje się szczególnie trudna, mimo to, moim zdaniem, należą się mu słowa uznania za odwagę pójścia pod prąd tendencjom do zmieniania wszystkiego na własną modłę. Nie twierdzę, że autorskie inscenizacje reżyserów są czymś złym, a dramaty winne być wystawiane jedynie wiernie oryginałowi. Gdyby tak było, szybko skończyłby się repertuar, a my zanudzilibyśmy się, oglądając wciąż tę same sceny. Mimo to w zalewie nowych interpretacji, których sens dostrzega często jedynie sam reżyser, warto wybrać się na „Pułapkę”.

 

Tekst: Wojciech Sitarz

Foto: Filip Lupa, Piotr Warczak


 

więcej artykułów




Dodaj do:







Komentarze


monika krzyz, IP 79.190.168.162
2010-03-16 14:26:39

Bardzo zasadna recenzja do tej sztuki. Wreszcie widz ma prawo zrozumiec dramat sytuacji, a nie zameczac sie wynaturzeniami modnej rezyserii.



Dodaj komentarz

Nick:
Treść:




© 2008 - 2013 - Punkt Informacji Kulturalnej - Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Projekt i Wykonanie: BetterSite.pl, Utrzymanie i Rozwój: Stermedia
email marketing