Książki Normana Daviesa mają dla mnie, tak zwany, wysoki próg wejścia. Żeby ośmielić się rozpocząć ich czytania i mieć przy tym satysfakcję z lekturowych peregrynacji potrzebuję uwierzyć w siebie, nabrać siły i wzmóc nadzieję, że ogrom wiedzy podawany przez autora nie przytłoczy moich możliwości (ostatnio lichego czytelnika ze słabą umiejętnością skupienia się na rzetelnie prowadzonej wielowątkowej narracji). Jeśli już uda się przejść lub – jak ktoś woli – przeskoczyć ten próg, to wtedy można wziąć udział w zapasach historyka z historią znajdując w nich miejsce dla siebie.
„Igrzyska dziejów” Normana Daviesa to książka, która opowiada o historii i odsłania narzędzia, jakimi się ją tworzy. Autor przypomina w niej, że historia rodzi się na styku czasu, przestrzeni i… przypadku. Najnowsza publikacja popularnego badacza obejmującą serie wykładów łączących w sobie historię z patriotyzmem, biznesem, pamięcią czy polityką.
Nie brakuje tu wątków polskich – od Kopernika, który stał się dla autora symbolem twórczej niezależności, po powstanie warszawskie, ukazane jako przykład tego, jak pamięć kształtuje tożsamość.
Igrzyska Davisa rozpoczynają się rozważaniami o tym, że każdy i wszystko ma swoją przeszłość, którą można zbadać, opisać i przeanalizować. Nic i nikt nie jest tak nieznaczące, by nie mieć w ogóle historii- twierdzi pisarz.
Istnieje historia słuchania i słyszenia bez słuchania, istnieje historia zasypiania w ostatnim – a nawet w pierwszym – rzędzie. Mamy historie uczelni, architektury uczelnianej, mikrofonów, akustyki, dźwięku i wszystkich innych zmysłów, uśmiechów, zapachów…- czytamy w jednym z rozdziałów.
Ponad osiemdziesięcioletni autor opowiada o pasji i ciekawości, która może prowadzić do uzależnienia.
Takiego rodzaju przelękłej choroby pozostaje mi życzyć naszym czytelnikom w nowym roku.
Oprac. do
Tekst powstał dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak.














