Napisać, że biła od niego siła autentyczności i prawda emocji, to nic nie napisać. Napisać, że poniósł temperaturę odczuwania i przeżywania do maksimum, i że trzeba było prosić o otwarcie drzwi klubu, bo brakowało tlenu, to też nic nie napisać. Napisać, że po wieczorze z tym artystą nie można było zasnąć i trzeba było wyruszyć na długi, nocny spacer ulicami miasta, to wciąż nic nie napisać.
Marek Dyjak wystąpił w klubie Firlej w ramach cyklu „Męska strona piosenki” organizowanego przez Urszulę Orłowską pod auspicjami Strefy Kultury Wrocław. I to jest to, co można napisać, bo to fakt, który nie wymyka się subiektywnemu odczuciu. To punkt odniesienia, który porządkuje emocje i przekaz płynący od artystów, to coś, co warto zapamiętać, przeglądając kalendaria z wydarzeniami kulturalnymi, żeby nie przegapić okazji przeżycia kilku intensywnych chwil z Dyjakiem i jego artystycznymi sznytami.
Szczerość, prawda, autentyczność w mowie, postawie ciała, grymasie twarzy, tembrze głosu… Dyjak to bardowskie zwierzę, które przekazuje surowe emocje i trudne prawdy, jakby chciał zagryźć słowa, wykrzyczeć ból i stłumić żal. Śpiewa i mówi tak, jakby wiedział dużo więcej niż słuchacz siedzący w pierwszym rzędzie. Nie wymądrza się, bo tylko głupi się wymądrzają. Oddziałuje na odbiorcę – nawet tego w ostatnim rzędzie- siłą metafory ukrytej w tekście, sensem słów szeptanych, wyśpiewywanych i recytowanych.
Jest kilku takich artystów, którzy potrafią oddziaływać na słuchaczy z taką siłą. Mirosław Czyżykiewicz i Marek Dyjak należą do tego zacnego grona. Ich głosy rezonują w ciele. Przenoszą prawdę surowych emocji.
Marek Dyjak, podczas piątkowego wieczoru w Firleju, miał zaprezentować album „Mężczyźni”. Praca nad materiałem trwała trzy lata i symbolicznie domknęła się w dniu pięćdziesiątych urodzin artysty. Ten czas przyniósł zmiany w prywatnym życiu wokalisty, co bezpośrednio wpłynęło na charakter koncertu – jak informowali organizatorzy w zapowiedzi wydarzenia.
Sam Dyjak określał program jako niezwykle eklektyczny zbiór opowieści o miłości i własnej, krętej drodze. Ze sceny wybrzmiały jednak nie tylko pieśni i intymne elegie z najnowszego albumu.
Koncert rozpoczął się od utworów „Będę z tobą” Groniec i Dziubka, „Uciekaj, skoro świt” Osieckiej i Krajewskiego, „Spacer z ojcem” Keyffa i Lorenca oraz „Nad wyraz” Kondraka i Mateusza Kołakowskiego. Zabrzmiała również ballada „Dziwna okolica” Andrzejewskiej i Dyjaka. Później pojawiły się odwołania do tradycji klezmerskiej – usłyszeliśmy „Rebekę” Własta i Białostockiego oraz „Miriam” Kasprzyckiego i Koniecznego. Z niezwykłą siłą wybrzmiały także „Na krawędzi dnia” Kasprzyckiego, „Złota ryba” Bieleńskiego i Dyjaka oraz „Pierwszy śnieg” Czyżykiewicza.
Dyjak okraszał wykonania odrobiną „zabawnego dziegciu”, komentując kolejne utwory. Mówił, że nie chciałby, aby słuchacze odczuwali to samo co on, kiedy śpiewa te pieśni. Szybko okazało się jednak, że emocje artysty znajdują w publiczności niezwykle czuły rezonans. Wspominał o pracy najemnika i cytował wiersze Mirka Czyżykiewicza, budując między utworami osobistą, niepozbawioną ironii opowieść.
Na koniec zabrzmiały: „Na zakręcie” Osieckiej i Gintrowskiego, „Jednym szeptem” Czyżykiewicza, „Ta ostatnia niedziela” Friedwalda i Petersburskiego. Na bis „W samą porę” Kondraka.
Nie próbował na siłę stawać się bardziej męski. Pozostał sobą – stuprocentowo autentyczny, dzielący się z publicznością dojrzałością, spokojem i doświadczeniem. Nie potrzebował scenicznej pozy ani demonstracyjnej siły. Wystarczyły głos, słowo i prawda, z jaką potrafił je przekazać.
„Doświadczenie koncertu Marka Dyjaka na żywo wymyka się standardowym ramom recenzji muzycznych. Jego głos to fenomen na polskiej scenie – spiżowy, szeroki, ciężki i naznaczony intrygującą chrypą. Kiedy Dyjak śpiewa, każdy dźwięk wybrzmiewa w temperaturze wrzenia. To właśnie ta niespotykana ekspresja sprawia, że proste piosenki zamieniają się na scenie w przejmujące spektakle teatralne” – czytamy w materiałach promujących koncert.
Trudno jednak mówić o tym wieczorze wyłącznie w kategoriach wokalnej potęgi Dyjaka. Równie istotny był kunszt towarzyszących mu instrumentalistów. Na kameralnej scenie Firleja pojawili się znakomici muzycy, którzy utkali misterne, głębokie tło dla opowiadanych historii.
Mateusz Kołakowski przy fortepianie (wybitny pianista regularnie koncertujący w Stanach Zjednoczonych, między innymi w Nowym Jorku i Chicago, laureat prestiżowych nagród w Paryżu oraz uczestnik festiwalu w Montreux) współtworzył muzyczną przestrzeń pełną niuansów i napięć. Alan Wykpisz na kontrabasie (zdobywca nagród na festiwalu Jazz nad Odrą, artysta koncertujący od Kuwejtu po Indie i współpracujący z takimi muzykami jak Michał Urbaniak czy Randy Brecker) dopełniał brzmienie zespołu głębokim, wyrazistym pulsem.
Koncert w ramach cyklu „Męska strona piosenki” był propozycją dla tych, którzy szukają w muzyce czegoś więcej niż plastikowej powtarzalności radiowych przebojów. Połączenie wybitnych tekstów, jazzowej wirtuozerii i magnetycznego głosu wokalisty stworzyło przestrzeń do przeżycia czegoś, co porusza najczulsze struny wrażliwości.
Marek Dyjak oddał się publiczności bez reszty. I właśnie ta bezgraniczna szczerość, pozbawiona pozy i zbędnych gestów, okazała się największą wartością tego wieczoru. Potwierdzały to rozmowy zasłyszane tuż po koncercie, na ulicy przylegającej do klubu Firlej. Emocje nie kończyły się wraz z ostatnim dźwiękiem. Wychodziły z sali razem ze słuchaczami, stając się tematem rozmów i powracającym echem tego, co wydarzyło się na scenie.
Oprac. i fot. do






















































