„Podróż zimowa 3.0 / Schubert / Konieczny / Napierała / Gosztyła / Dudek” – tak brzmi pełny tytuł kameralnego wydarzenia muzyczno-poetycko-wizualnego, zaprezentowanego premierowo w Operze Wrocławskiej 13 września 2026 roku, o którym za chwilę więcej.
Bo nie sposób pominąć faktu, że tego wieczoru kameralność wydarzenia została zdecydowanie ugalowiona i podbita uroczystością specjalną. Otóż oprócz pieśni Schuberta skomponowanych do wierszy Wilhelma Müllera słuchaliśmy laudacji na cześć ich znakomitego tłumacza – Krzysztofa Gosztyły. Tak, nie pomyliłam się. Znakomity aktor o charakterystycznej amplitudzie głosu, nie do podrobienia, i oryginalnej osobowości scenicznej – Krzysztof Gosztyła – zagościł na scenie Opery Wrocławskiej jako gość honorowy, odznaczony Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Oprócz medalu odebrał także gromkie brawa za przekład poezji niemieckiej przygotowany na potrzeby wrocławskiej inscenizacji „Podróży zimowej 3.0”.
Warto wspomnieć, że cykl dwudziestu czterech pieśni na głos i fortepian wyszedł spod pióra Franza Schuberta tuż przed jego przedwczesną śmiercią. Jego refleksyjno-melancholijny charakter został twórczo zinterpretowany we wrocławskiej inscenizacji przygotowanej przez Adama Dudka (scenariusz i reżyseria), Bastiena Loiseau (zdjęcia), Dorotę Roqueplo (konsultacja kostiumograficzna), Antoniego Koniecznego (Wędrowiec Pierwszy), Krzysztofa Gosztyłę (Wędrowiec Drugi), a przede wszystkim przez Tomasza Koniecznego (bas-baryton) i Lecha Napierałę (fortepian).
Pieśni Schuberta w tłumaczeniu Krzysztofa Gosztyły, zaśpiewane przez Tomasza Koniecznego i zagrane przez Lecha Napierałę, okazały się majstersztykiem. Zwarta, jednorodna konstrukcja inscenizacyjna i słowo, które dociera do odbiorcy z niezwykłą siłą – choć nie jest to siła tkwiąca w decybelach, lecz w precyzji wykonawczej – wypełniły scenę.
Dbałość o wybrzmienie każdego słowa wyśpiewywanego przez znakomitego solistę, dbałość o każdy obraz wyświetlany w tle sceny za fortepianem, dbałość o każdy detal i migawkę kadru, o każde schody, most, tory kolejowe, rzekę, cmentarz, twarz mężczyzny w płaszczu, but, krok… Wszystko to składało się na niezwykle konsekwentnie budowany świat przedstawiony.
„Podróż zimowa 3.0” to 80 minut intensywnego przeżycia, które reżyser i twórcy konstruują z małych, wydawałoby się szarych, dla niektórych nijakich i bez wyrazu cząstek rzeczywistości. Dla mnie mają one jednak olbrzymi ładunek emocji – szczególnie wtedy, gdy przyglądamy się im z bliska. Nota bene, myślę, że to wydarzenie świetnie sprawdziłoby się w warunkach nieco mniejszej sali.
Każda scena „Podróży zimowej 3.0” niesie potężny ładunek emocjonalny, oddziałuje siłą wrażliwości poetyckiej metafory, symbolu, alegorii… Nie wiem, czy spektakl jest bardziej wieczorem poetyckim, czy kameralnym pokazem solistyki wykonawczej najwyższych lotów.
Tu wszak dużo zależy od dyspozycji dnia wykonawców. Od nastroju, wyczuwalnego napięcia i kładzenia akcentów na inne fragmenty pieśni.
Chyba jedno i drugie przenika się tu z jednakową ważnością, a amplituda doznań i doświadczeń odbiorczych daje szansę odkrycia bycia w niepowtarzalności chwili.
Dzięki sile dykcji solisty Tomasza Koniecznego – o jakże pasującym do tematyki widowiska tembrze bas-barytonu – oprócz muzycznej i wizualnej wartości koncertu dostajemy także krajobraz sensów i treści ukrytych w metaforycznych zestawieniach słów i fraz.
Błądzimy gdzieś wśród linijek z przekładu Gosztyły: „jedna droga, z której nie powrócił nikt”, „Bóg na ziemię nie chce przyjść, bądźmy więc bogami my”, „przywykłem do błądzenia”, „każdy ból swój znajdzie grób”, „gdzie jest wyjście z tej szczeliny, wcale tym nie martwię się”, „marsz dodał sił, by trwać”…
Słyszymy pieśń o lipie, z konstatacją Jana z Czarnolasu: „odnajdziesz spokój tu”. Oczyma wyobraźni widzimy czarne ptaszysko: „lata za mną wrona wciąż”. Śnimy z bohaterem sen o miłości: „czy wezmę w ramiona ją znów”. I razem z nim wędrujemy: „bez celu wciąż wędruję, spokój prysł i szukam go”…
Wszystkiego nie ujawnię, bo to literatura zarezerwowana do osobistych peregrynacji.
Muzycznie przypomina mi nieco nokturn z elementami kujawiaka – choć ten kujawiak mocno kuleje, robi jednak, co może, żeby poderwać bohatera do lotu.
I to właśnie te stosunki między tonacjami wydają się wywoływać potężny efekt dramatyczny i emocjonalny, dzięki talentom solistów – śpiewaka Tomasza Koniecznego i pianisty Lecha Napierały.
Jeśli „Podróż zimowa 3.0” pojawi się ponownie w repertuarze Opery Wrocławskiej, to niezależnie od sezonu na jesienną depresję warto się w nią zanurzyć. To niezwykłe przeżycie estetyczne, muzyczne i poetyckie.
Oprac. i fot. do






























