On wraca – ona czeka. On wraca dziesięć lat z wojny, ona rozkłada sobie to czekanie na części. Dramatyczna opowieść o człowieku, jego walce z przeciwnościami losu, koncepcyjnie doskonale zainscenizowany spektakl „Odyseja” w reżyserii Małgorzaty Warsickiej – od 24 stycznia do zobaczenia na Scenie Ciśnień Teatru Muzycznego Capitol. Rezerwujcie bilety, żeby nie czekać dekady na spotkanie ze zjawiskową inscenizacją eposu.
Mit o Odyseuszu, który wraca dziesięć lat po wojnie trojańskiej do rodzinnej Itaki, gdzie czeka na niego żona, poznajemy w szkole. Analizujemy wtedy uniwersalizm historii, rozmawiamy o tęsknocie, wierności, męstwie, wojnie, podstępie… po to, żeby poczuć i zrozumieć więcej, wzbogacić swoje doświadczenie i uwrażliwić się na los innego człowieka. Czytamy o cyklopach, syrenach, kraju Feaków, wojnie trojańskiej, nimfie Kalipso, Posejdonie, Telemachu, Kirke, Hermesie…
Potem idziemy do teatru i okazuje się, że literatura ze swoim porównaniem homeryckim, heksametrem, nadmiarowym nasyceniem historii bohaterami i zdarzeniami może mieć swoją sceniczną egzemplifikację, która mocniej działa na odbiorcę niż starożytny grecki epos w najlepszym tłumaczeniu.
„Odyseja” w Capitolu to przedstawienie, które ma swój rytm i puls, żyje precyzyjną improwizacją i wizualną metaforyką. Nie daje szans na oddech i nie usypia mrokiem. Długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Uniwersalizm historii drąży mózg, pogłębia ścieżki interpretacji i rozgałęzia je ukazując inne potencjalne drogi.
Na scenie wielowymiarowe postacie kreują: Justyna Szafran, Sambor Dudziński, Dawid Suliba, Emose Uhunmwangho i Karolina Klich. Śpiew, gra na instrumentach, dialogi składają się na spójny obraz uniwersalnej historii m.in. o traumie i zmaganiu z cierpieniem.
Nie bez znaczenie dla przedstawienia jest tekst dramaturgiczny, który do wrocławskiej inscenizacji przygotował Jarosław Murawski. Dramaturg stworzył go na podstawie „Odysei” Homera w przekładzie Lucjana Siemieńskiego, wykorzystał także fragmenty książki „Miłość z kamienia” Grażyny Jagielskiej. Inspirował się utworami: „Podróż” Zbigniewa Herberta, „Moby Dick” Hermana Melville’a (w przekładzie Bronisława Zielińskiego), „Heroidy” Owidiusza (w wolnej parafrazie). Z ust bohaterów teatralnej „Odysei” płynęły także Mickiewiczowskie frazy. Niektóre słowa brzmiały jak aforyzmy, skrzydlate słowa, które mają moc zmiany myślenia.
To, co od strony muzycznej i dźwiękowej zrobił Paweł Romańczuk budzi największy podziw. Założyciel zespołu Małe Instrumenty, kompozytor i wynalazca sprowadził na scenę i oddał w ręce aktorów oryginalne instrumenty o niepospolitych wymiarach i oryginalnym dżwięku. Niektóre przypominały klasyczną cytrę, marimbę, kontrabas i pianinko, ale pozostałe -w zacienionej głębi sceny- były dla mnie intrygującą tajemnicą. Ich puls współtworzył przedstawienie nadając historii niezwykłego kolorytu.
Scenografia, światło i kostiumy – wedle pomysłu Katarzyny Borkowskiej – stworzyły z „Odysei” metaforyczny, wizualny majstersztyk. Żeby docenić wszystkie plastyczne aspekty spektaklu musiałabym oglądnąć go raz jeszcze. Maski, kostiumy, akwarium, w którym pływa Odyseusz, pole golfowe, żaglówka, świetlówkowy maszt, oczy opatrzności, kamienie …to tylko niektóre elementy scenografii, które akcentują twórcy, wydobywając je z mrocznej przestrzeni sceny.
Warto jeszcze wspomnieć o fenomenalnie śpiewanych pieśniach i zgrabnie budowanej amplitudzie napięć. Po dramatycznych i refleksyjnych scenach następują fragmenty zabawne przynoszące ważny dystans. Są psychoterapią dla straumatzowanych bohaterów. Oniryczność przeplatana jest dynamicznymi songami.
„Odyseja” w Teatrze Muzycznym Capitol to przedstawienie ważne, piękne i uniwersalne. Szkoda byłoby, żeby utonęło w kalendarzu licznych premier teatralnych. Nie pozwólmy mu na to.
Oprac. do














