Jeśli nie oglądaliście jeszcze musicalu „1989”, najwyższy czas nadrobić zaległości. A jeśli widzieliście go na scenie Teatru Muzycznego Capitol, warto zobaczyć go ponownie — tym razem w Hali Stulecia. Ta sama historia, ci sami bohaterowie, ta sama muzyka, ale zupełnie inna skala.
Ostatnio „1989” zabrzmiał w Hali Stulecia w wersji wielkoformatowej. I trzeba przyznać, że miejsce zrobiło swoje. Hala rządzi się własnymi prawami: ogromna przestrzeń zmienia perspektywę, wzmacnia rozmach i pozwala patrzeć na spektakl jak na wielkie widowisko. Musical, który wcześniej można było oglądać na scenie Capitolu podczas 43. Przeglądu Piosenki Aktorskiej PIK, zyskał nowy format, ale też nową perspektywę odbioru.
I właśnie dlatego dobrze, że mamy możliwość porównania obu inscenizacji. To wciąż to samo przedstawienie w reżyserii Katarzyny Szyngiery, ale doświadczenie widza może być zupełnie inne.
„1989” w Hali Stulecia działa przede wszystkim jako widowisko zbiorowe. Liczy się rozmach, dynamika scen, muzyka, choreografia i scenografia. Wszystko jest większe, bardziej intensywne, podporządkowane ogromnej przestrzeni.
Na mniejszej scenie akcenty rozkładają się inaczej. Bliżej jesteśmy bohaterów i ich historii. Frasyniukowie, Wałęsowie i Kuroniowie przestają być jedynie postaciami z najnowszej historii Polski. Stają się ludźmi z własnymi emocjami, relacjami, problemami i codziennością. Historię oglądamy nie tylko przez pryzmat wielkich wydarzeń, ale również przez doświadczenie tych, którzy musieli z nimi żyć.
Warto przypomnieć, że „1989” opowiada o upadku komunizmu, ale nie jest wyłącznie lekcją historii. Wydarzenia znane z kronik filmowych i podręczników ożywają na scenie oglądane oczami trzech par. W życiu Frasyniuków, Wałęsów i Kuroniów idee spotykają się z miłością, entuzjazm zderza się z ciężarem historii, a bohaterstwo przeplata się z rodzinnymi dramatami.
Są więc strajki w stoczni i obrady Okrągłego Stołu, ale są też mieszkania, więzienne cele, rozmowy, kłótnie, radości i osobiste tragedie. Wielka historia ma tu bardzo ludzką twarz.
O spektaklu pisaliśmy szerzej na stronie PIK-a:
https://pik.wroclaw.pl/1989-czyli-petarda-na-poczatek-ppa/
Warto też pamiętać, że „1989” nie musi pozostać jedynie teatralnym wspomnieniem. Koprodukcję Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie i Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego można okazjonalnie znaleźć na platformach VOD. Można również sięgnąć po reportaż „1989. Pozytywny mit” Mirosława Wlekłego, Marcina Napiórkowskiego i Katarzyny Szyngiery.
Sposobów na spotkanie z tą — wcale nie tak odległą — historią jest więc kilka. I każdy pozwala zobaczyć ją z nieco innej perspektywy.
Warto z tego skorzystać. Zwłaszcza u progu jesieni, kiedy „1989” przypomina, że wielka historia nie kończy się wraz z ostatnią sceną. Zostaje w nas także wtedy, gdy opuszczamy teatr.
A wezwanie do zbudowania pozytywnego mitu? Ono zostaje niezależnie od tego, gdzie i w jakiej wersji spotkaliśmy „1989”.
oprac. i fot. do i jo
zdjęcia z wrocławskiej inscenizacji musicalu -43. PPA




































