W połowie sierpnia nakładem wydawnictwa Znak Literanova ukaże się książka „Leonard Cohen. Świadek upadku aniołów” Christophe’a Lebolda — najważniejsza biografia artysty, w przekładzie Filipa Łobodzińskiego.
To opowieść o poecie, pieśniarzu, mistyku i człowieku pełnym sprzeczności. O życiu między Montrealem, Hydrą, Nowym Jorkiem i klasztorem zen. O miłości, samotności, duchowych poszukiwaniach i piosenkach, które dla wielu osób stały się czymś więcej niż muzyką — jak głoszą zapowiedzi publikacji. Jest w tym lakonicznym opisie dużo prawdy, ale i cała masa ogólników. Bo to, co otrzymujemy, to potężny tom: kompendium wiedzy i wspomnień, analiz i interpretacji, blisko pół tysiąca stron zapisanych niedużą czcionką, z kilkoma sekcjami archiwalnych zdjęć.
„Leonard Cohen. Świadek upadku aniołów” nie jest lekturą na jeden wieczór czy jedną noc. To długa czytelnicza przygoda, która zagnieżdża się na długo w wyobraźni czytającego. Miała dla mnie bardzo wysoki próg wejścia. W lekturę wciągałam się powoli; wymagała ona specjalnego skupienia, szczególnej atencji, która zwróciła się w dwójnasób.
Bo tematów, które podejmuje autor w biografii, jest cała masa. Czytamy tu o pierwotnej traumie bohatera, o mroku Leonarda, bardzo pasującym do atmosfery końca lat sześćdziesiątych. Poznajemy Cohena jako mistrza tonacji molowych i głosiciela tezy, że drumla to harmonijka Żydów. Dostajemy opowieść o głosie, który „pod wpływem ścisłej diety złożonej z papierosów, whisky i zaglądania w otchłań, nabrał cech sejsmicznego basu”. Trafiamy do „kuwety własnego pesymizmu”.
Przyznaję, że twórczość Leonarda Cohena poznawałam głównie z tłumaczeń Romana Kołakowskiego i Macieja Zembatego. Teraz przyszła kolej na przyjęcie bogatego źródła wiedzy, opatrzonego przypisami, cytatami i bibliografią, a przetłumaczonego przez Filipa Łobodzińskiego — wybitnego tłumacza, stosującego wysublimowane słownictwo.
„Leonard Cohen. Świadek upadku aniołów” Christophe’a Lebolda to erudycyjna biografia, trochę poetycka, trochę metaforyczna, z narracją trudną do jednoznacznego określenia i zdefiniowania. Raz pławimy się w poetyckiej metaforze, innym razem w rzetelności i konkrecie najwyższej próby reportera. Czasem prowadzi nas metaforyka poety, czasem poetycka analiza twórczości Cohena, a czasem dogłębna analiza tekstu piosenki, której mogliby pozazdrościć wybitni historycy literatury, krytycy i badacze literatury współczesnej. Innym razem na pierwszy plan wysuwa się zabawny ton narratora.
„Pierwsze dni w klasztorze przebiegły w porządku (Leonard nawet ogolił głowę), ale w trakcie właściwego rohatsu wszystko naraz — śnieg, napięty harmonogram, godziny spędzone na zmaganiach z tą dziką małpą zwaną umysłem, wreszcie szczodre aplikowanie uderzeń kijem keisaku w barki medytujących (czyli „kijem przebudzenia” stymulującym koncentrację na praktyce) — okazało się dla Leonarda zbyt dużym obowiązkiem. Ponieważ miał wrażenie, że bierze udział w „Zemście za Drugą Wojnę Światową” (asystentem japońskiego mistrza był Niemiec), wymknął się z obozu w połowie rekolekcji, Suzanne dołączyła doń w Los Angeles i para czmychnęła na krótkie wakacje do Acapulco” — czytamy w jednym z rozdziałów.
Autor pisze też, że Leonard był „sprzedawcą rozpaczy” (jak niebawem zacznie siebie nazywać), zanim stał się przemytnikiem światła.
Dalej czytamy o „dobrowolnym pesymizmie, który jest grą niebezpieczną (…) wymaga sprawdzenia, czy przetrwa w nas podatność na nadzieję”.
„Sam Leonard zresztą, przez kolejne dziesięciolecia zwalczając depresję, będzie miał niezliczone okazje, by eksplorować ruchomą granicę między pesymizmem a rozpaczą, jasnością umysłu a nadzieją, oświeceniem a samookłamywaniem się”. Naturalnie nie wyjdzie z tych potyczek bez szwanku, ale pozyska interesujące refleksje, którymi będzie się dzielił. I piosenki, które będzie śpiewał.
Christophe Lebold pisze o szczerym dzienniku podróży przez ciemną dolinę. O tym, że „Księga miłosierdzia” L. Cohena przypomina, iż „technologia duchowa” zwana „modlitwą” naprawdę istnieje — że jest pod ręką, gdy jej potrzebujemy.
W posłowiu zaś wyjaśnia swoją fascynację kanadyjskim poetą, pieśniarzem i pisarzem. „Postanowiłem napisać książkę, która po części będzie biografią, po części analizą, a po części odą”. Ostatecznie do rąk czytelnika trafia obszerny esej literacko-filozoficzny, rzetelnie udokumentowany. Coś nie do przecenienia dla fanów Cohena, sympatyków ballady i czytelników wiedzionych ciekawością odkrywania mitologicznych i religijnych źródeł piosenek barda i poety.
Oprac. i fot. do
Tekst powstał dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak.
Wykonawca / Organizator:
Punkt Informacji Kulturalnej


















