Nakładem wydawnictwa Znak ukazała się najnowsza książka kardynała Grzegorza Rysia, „Nie tracę nadziei”. To książka do zatrzymania się i namysłu. Nie tylko na niedzielę. I z pewnością nie tylko dla wierzących.
Nie powinna odstraszać ani agnostyków, ani ateistów. Przeciwnie — może być okazją do ponownego przyjrzenia się pytaniom, które, niezależnie od światopoglądu, wracają do nas uparcie: czym są wiara, nadzieja i miłość? Co robimy z rozczarowaniem, cierpieniem, samotnością i śmiercią? I wreszcie — jak rozmawiać ze sobą, kiedy coraz trudniej się słuchać?
„Nie tracę nadziei” jest ciekawym głosem w dyskusji o kondycji współczesnego Kościoła. Ale książka Karola Kleczki, będąca rozmową z kardynałem Rysiem, wykracza poza kościelne podwórko. To propozycja również dla tych, którzy z Kościołem mają niewiele wspólnego albo dawno przestali czuć się jego częścią.
Kardynał Ryś mierzy się z tematami, które od lat powracają w debacie publicznej: przemocą, miejscem kobiet, sytuacją osób LGBT+, kryzysem zaufania, kryzysem wiary. Nie ucieka też od pytań o tych, którzy odchodzą, o tych, którzy szukają, i o tych, którzy pozostają — choć nie zawsze potrafią powiedzieć, dlaczego.
Rozmowa z arcybiskupem krakowskim nie zamienia się jednak w ciąg moralizatorskich frazesów. Nie ma tu łatwego podziału na swoich i obcych, lepszych i gorszych. Nie ma ideologicznej pogadanki, w której człowiek najpierw zostaje przypisany do odpowiedniej kategorii, a dopiero potem oceniony.
Być może właśnie dlatego tę książkę czyta się dobrze. Czasem nawet lepiej niż słucha niejednego niedzielnego kazania, podczas którego „inni” — wypowiadani z ambony — zostają obdarzeni krzywdzącym piętnem i etykietą „zarazy”.
Początek rozmowy jest pozornie spokojny. Jest w nim obcość, Kraków i Franciszkańska 3, wspólnota, parafia, rozczarowanie, churching, relacje, rozwodnicy i osoby nieheteronormatywne. Jest też coś, czego w debacie publicznej coraz bardziej brakuje: pytanie o to, czy potrafimy jeszcze słuchać bez natychmiastowej potrzeby pouczania.
Z czasem rozmowa gęstnieje. Pytania stają się trudniejsze, a odpowiedzi nie zawsze przynoszą komfort. Towarzyszymy rozmówcom w rozważaniach o cierpieniu i śmierci — czyli o tym, czego nie da się zagadać żadnym sloganem.
I może właśnie dlatego tytuł „Nie tracę nadziei” brzmi tu inaczej niż pobożne zapewnienie. Bardziej jak deklaracja człowieka, który wie, ile powodów można mieć, żeby tę nadzieję stracić, a mimo to próbuje jej jeszcze szukać.
Oprac. do
Tekst powstał dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.
















