Zwykle unikam tak dużych wydarzeń. Na muzyczne imprezy plenerowe chodzę z celem złapania atmosfery miejsca, rytmu, kilku fraz refrenu, okazjonalnych, przelotnych spojrzeń i przypadkowych dźwięków. Podziwiam artystów, którzy potrafią w tej magmie bodźców płynących zewsząd — z widowni, stref gastronomiczno-rozrywkowych, stoisk z napojami, przekąskami i konkursami, rozmów przyjaciół, ping-ponga, rzucanych do celu woreczków, układanych wież z pudełek — skupić się na tym, po co wyszli na scenę.
Dlatego tym bardziej jestem pełna podziwu dla tego, co zobaczyłam i przeżyłam drugiego dnia Festiwalu Erste Letnie Brzmienia 2026 we Wrocławiu, na Stadionie Olimpijskim.
Przyznaję: przyjechałam na występ Grzegorza Turnaua. Na pozostałych wykonawców z listy dnia miałam w planie tylko zerknąć. Zostałam prawie do końca, w odzieży raczej pasującej do upalnego dnia niż sierpniowej nocy. Widziałam i słyszałam, trochę postałam, trochę się pobujałam i — w przeciwieństwie do niezaśpiewanej piosenki Turnaua „Byłem w Nowym Yorku” — zziębnięta wracałam do domu z energią, wrażeniami i poetyckimi frazami, których dawno nie doświadczałam.
Turnau w wielkim plenerze
Grzegorz Turnau był pierwszą gwiazdą sobotniego Letniego Brzmienia. Stworzył imponujące widowisko muzyczno-literackie, prowadząc publiczność przez metaforyczną wędrówkę po trudach życia.
W warstwie słownej nie szczędził ironii, refleksji, ponadczasowych porównań i metafor. W muzycznej — różnorodności i jakości. W wykonawczej był po prostu piekielnie dobry: elegancki, precyzyjny, różnorodny, z klasą, która nie potrzebuje dodatkowych ozdobników.
Dla mnie Turnau to artysta kojarzony z kameralnością, literackim i poetyckim skupieniem, niezwykłą wrażliwością na barwę, sens i interpretację. Pojawiło się więc pytanie: czy w warunkach wielkoplenerowego wydarzenia da się ocalić te wartości przed zatupaniem, zakrzyczeniem i zagadaniem?
Otóż okazuje się, że tak.
Jak się jest Grzegorzem Turnauem, można nawet więcej.
W części Turnauowej wieczoru, przy aplauzie publiczności, wybrzmiały między innymi „Wznów wędrujemy”, „To tu, to tam”, „Bracka”, „Pamięć”, „Dwa bilety”, „Gniew”, „Utrata / Z duszą na listek”, „Ciała”, „Leniwa głowa”, „Tak, nie mów tak”, „Wielka ulewo”, „Natężenie świadomości”, „Naprawdę nie dzieje się nic” i „Między ciszą a ciszą”.
Była więc i nostalgia, i ironia, i filozoficzna zaduma, i żart, i piosenkowa przebojowość. Wszystko poddane nienagannemu rytmowi wieczoru. Orkiestra pod dyrekcją Moniki Kochanowicz grała jak natchniona.
Teksty jednych utworów przypominały się, inne dla części publiczności zapewne brzmiały po raz pierwszy. A między nimi pojawiały się charakterystyczne dla Turnaua frazy — czasem lekkie i żartobliwe, czasem dotykające spraw całkiem poważnych.
tu, gdzie mnie nie ma świat umiera
i o litość blaga każde drzewo kamień książka rym
tu, gdzie mnie nie ma jest ponury wietrzny wieczór
ulicami snuje się trujący dym (fragm. utworu „Pamięć”)Nie rób mi w gniewie
tego co nie wiesz
nie rób mi w gniewie, co nie wiesz sam
a ja nie będę
robić, co zrobić
nie będę robić, co zrobić mam (fragm. utworu „Gniew”)
Odrodzone aranżacje i nowe ożywcze spojrzenie na uniwersalizm prawd wyśpiewywanych ze sceny robiły ogromne wrażenie.
wszędzie Ciebie widzę
i wszędzie Ciebie więcej
i widzę przez powietrze
i widzę Cię przez deszcze (fragm. utworu „Utrata”)W jednym tylko ciele
dzieje się nie wiele,
ale w ciałach dwóch
zaczyna się ruch. (fragm. utworu „Ciała”)Oj coś leniwa głowa mi się kiwa kiedy wieje, wieje wiatr
Od tego wiania i kiwania obrzydł mi już cały, cały światTrzeba by zrobić coś, psiakość
Można by, ale kto i czym
Trzeba by, ale jak i gdzie
Dałoby się, ale nikt nie wie co (fragm. utworu „Leniwa głowa”)
Przypominają mi się strzępy refrenów i rytmicznych, okalających przestrzeń symfonicznych aranżacji, a także efektownych improwizacji na fortepianie.
Tak nie mów tak.
Tak nie mów nie.
Tak – Nie:Bóg Boga Bóg.
Bóg Boga Bogu Bóg.
Bóg z Bogiem.
Bóg – zbuk z Bogiem.
W zbuku z Bogiem Bóg. (fragm. utworu „Tak nie mów tak”)
Były też gwałtowne przejścia od nastrojowych fragmentów do granych forte, w ostrym i krótkim tempie dźwięków.
Mały człowieku co wciąż gdzieś latasz,
w ważnym pośpiechu i w tarapatach,
skończ, zwolnij, zapomnij i stań.Mały dzieciaku coś tak się starał,
a potem płakał, boś nic nie zdziałał,
bądź dzielny, połóż się i śpij. (fragm. utworu „Wielka ulewo, wielka śnieżyco”)Natężenie świadomości
W zmianie swej osobowościOd młodości do starości
Coraz łatwiej coraz prościej
Naprężenie chceń wzmożonych
I nieumień poronionych
Rozrywanie własnej jaźni
Realizmem wyobraźni (fragm. utworu „Natężenie świadomości”)
po hity piosenkowe:
Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
wódka w parku wypita albo zachód słońca,
lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje się nic
i nie stanie się nic – aż do końca. (fragm. utworu „Naprawdę nie dzieje się nic”)Między ciszą, a ciszą
Sprawy się kołyszą
I idą i płyną
Póki nie przeminą
Każdy swoje sprawy
Trochę dla zabawy
Popycha przed siebie
Po zielonym niebie (fragm. utworu „Między ciszą a ciszą”)
Niektóre aranżacje starych, dobrze znanych utworów były zjawiskowe. Symfoniczny sznyt nadał im nową jakość, nie odbierając im przy tym charakteru. Zapowiedzi były zwięzłe, lapidarne, ale treściwe i porządkujące. Czuło się przemyślaną koncepcję całego koncertu.
Grzegorz Turnau zaprezentował się jako znakomity kompozytor i wykonawca. Jego autorskie utwory wybrzmiały z potężną siłą i w nowym, zaktualizowanym kontekście.
Natalia Grosiak i Dorota Miśkiewicz, towarzyszące artyście w chórkach i partiach solowych, orkiestra symfoniczna pod dyrekcją Moniki Kochanowicz, Turnau przy fortepianie i magia zachodzącego słońca…
Tu można było usłyszeć westchnienia nieco egzaltowanej fanki, którą byłam blisko trzydzieści lat temu.
Muzyka, która łączy
Chylę czoła przed artystami i organizatorami. Dziękuję za udaną realizację idei łączenia na jednej scenie, w warunkach plenerowych późnego lata, różnorodnej muzyki i różnych pokoleń.
Za to, że umiejętnie scalają pokolenia — te na scenie i te na widowni. Za to, że nie boją się stawiać obok siebie pozornych sprzeczności i udowadniają, że można budować piękne, twórcze relacje bez uporczywej potrzeby obrony własnych racji.
Mrozu roztańczył widzów, Turnau dał mi poczucie sensu i refleksji.
Turnau zaśpiewał w przeważającej większości swoje autorskie kompozycje, skomponowane do tekstów własnych oraz utworów innych znakomitych poetów, tekściarzy i tłumaczy — Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Michała Zabłockiego, Wiesława Dymnego, E. E. Cummingsa w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka.
O innych artystach występujących tego dnia na mniejszej i większej scenie nie napiszę, bo nie mam ku temu ani sposobności, ani miejsca w rozkładówce PIK-a, który z założenia jest serwisem lakonicznym, a nie przegadanym.
Ale jedno mogę powiedzieć:
było fantastycznie.
Weźcie więc polary i kurtki przeciwdeszczowe, zrezygnujcie z sandałów na rzecz wygodnych, raczej zakrytych butów i jedźcie do Poznania na ostatni w tym roku koncert w cyklu Letnich Brzmień.
Wrócicie z niezapomnianymi wspomnieniami.
Ptasie mleczko i wodę dostaniecie za darmo.
Chyba że w Poznaniu to już nie.
Oprac. do












