Jeśli chcecie odczuć, choćby przez chwilę, dziecięcą fascynację konstrukcjami tworzonymi z małych plastikowych, kolorowych elementów to wizyta na poziomie 2+ Sky Tower może przyczynić się do nieskrępowanego zachwytu czasami dobranocek.

Na zdjęciu z konferencji Rafał Szymański.
Wystawa obiektów wybudowanych z klocków Lego wróciła do Wrocławia. Od 16 stycznia premierowa ekspozycja, przygotowana od podstaw na 1500 m² powierzchni, wykonana z blisko 15 milionów klocków, prezentująca niemal 150 premierowych makiet i wyposażona w strefy zabawy oraz interakcji kusi familijnych odbiorców, okazjonalnych turystów, przypadkowych gości restauracji i klientów sklepów centrum handlowego. Wszyscy on mogą wpaść na drugie piętro, kupić bilet (w przedsprzedaży trochę tańszy) i rozpalić w sobie dziecięcą pasję i naturalny entuzjazm.
Na otwarcie wystawy klocków przyjechał Łukasz Górecki – zwycięzca programu LEGO Masters. Entuzjasta opowiedział o międzypokoleniowej magii lego i kreatywnych możliwościach, które daje układanie, wymyślanie, planowanie. Organizator wystawy – Rafał Szymański – wspomniał o wydarzeniach edukacyjnych towarzyszących ekspozycji i oficjalnie zaprosił do zwiedzania.
Ekspozycja przyciąga uwagę wrocławskimi akcentami. Już przy wejściu krasnale witają zwiedzających.
Makietę Dworca Głównego, wrocławskiego rynku czy Watykanu można z przyjemnością kontemplować długi czas, a Kernit żaba czy pies Pluto może stać się ważną postacią z bajki dla kolejnych pokoleń małych dorosłych i dużych dzieci.

Na zdjęciu z konferencji Łukasz Górecki.
Za organizatorami ekspozycji zamieszczamy garść istotnych informacji:
Po raz pierwszy w historii wydarzenia zaprezentowano cztery supermodele: rajdowe Porsche 911 T Sobiesława Zasady w skali 1:1 (4,2 m długości, ok. 500 tys. klocków), ponad trzymetrowa figura średniowiecznego smoka TARYGON (700 tys. klocków), pięciometrowa rekonstrukcja gitary członka legendarnego THE BEATLES, George’a Harrisona wykonana w całości z klocków w skali 5:1 oraz interaktywna Świąteczna Kolejka, zbudowana w skali 1:1 z ponad miliona elementów.
Jedną z głównych atrakcji ekspozycji jest strefa największych budowli świata, prezentująca m.in. znane mosty Golden Gate Bridge i Tower Bridge o długości 3 metrów każdy, Burj Khalifa mające 270 cm wysokości, Statuę Wolności mierzącą ponad 3 metry, Berliner Fernsehturm (320 cm) oraz Willis Tower zbudowaną z ponad 48 tys. klocków. Ekspozycję uzupełniają również inne znane budowle takie jak: Turning Torso (ponad 200 cm), Taipei 101 (410 cm) oraz niezwykły Bank of China.
Wystawa obejmuje także sekcję „Wrocław z klocków”, przygotowaną specjalnie na potrzeby lokalnej odsłony. Zwiedzający zobaczą tu największą makietę całej wystawy – Dworzec Główny we Wrocławiu, osobną makietę „nadbrzeże Odry”, misterną rekonstrukcję wrocławskiego rynku głównego oraz edukacyjne mozaiki inspirowane Panoramą Racławicką.
Istotną częścią ekspozycji są strefy popkultury, filmu i bajki, prezentujące modele i figury inspirowane znanymi bohaterami filmów i animacji, m.in. Harrym Potterem, postaciami z „Władcy Pierścieni”, Shrekiem i Osłem, bohaterami filmu „Potwory i spółka”, światem Pokémon oraz Peppą Pig. Dodatkowo organizatorzy przygotowali oddzielną strefę inspirowaną uniwersum Star Wars™, z wielkoformatowymi modelami pojazdów i postaci.
Nowością tej edycji są premierowe strefy BRICK SAFARI, prezentujące zwierzęta w naturalnej wielkości, oraz świat dinozaurów z realistycznymi rekonstrukcjami prehistorycznych gatunków. I wiele innych…
Integralną częścią wystawy jest również FUN ZONE, czyli podzielona na trzy całkowicie nowe części strefa zabawy. To miejsce kreatywnej interakcji z klockami dostępne niezależnie od wieku dla wszystkich odwiedzających. Fani klocków znajdą tu przestrzenie do swobodnego budowania, eksperymentowania i twórczej rozrywki.
Wracamy do Sky Tower z Wystawą przygotowaną całkowicie od nowa. Chcielibyśmy, aby wszyscy, którzy odwiedzili nas wcześniej, zobaczyli zupełnie inną ekspozycję – podkreślają organizatorzy.
Bawić, ucząc lub uczyć, bawiąc to podstawowe motto jakie przyświeca twórcom i organizatorom Największej w Europie Wystawy Budowli z Klocków LEGO®. Dlatego wystawa oferować będzie przeznaczone dla grup szkolnych i przedszkolnych specjalne, edukacyjne zwiedzanie z przewodnikiem, dostosowane do trzech kategorii wiekowych.
Omawiane zagadnienia będą zgodne z aktualnie obowiązującą podstawą programową szkół i przedszkoli. Program łączy elementy historii, nauki i technologii, realizując ideę nauki przez zabawę.
Uzupełnieniem ekspozycji jest TOTALNIE NOWA 3D Trick Gallery – oddzielna wystawa oparta na iluzji i zabawie perspektywą. Na odwiedzających czekają pokój Amesa, pokój „do góry nogami”, obrazy 3D, iluzje podłogowe oraz selfie spoty. 3D Trick Gallery to również galeria selfie, gdzie wykonać można niezwykle i abstrakcyjne zdjęcia. To niezwykłe miejsce do zabawy dla przyjaciół, rodziny a nawet na niecodzienną randkę.
Oprac. i fot. Do
W styczniu przypada 81. rocznica wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau. Wtedy też nakładem wydawnictwa Znak Liternova ukaże się książka Anne Sebby „Trzeba było grać. Pierwszy reportaż o dziewczęcej orkiestrze z Auschwitz” – poruszająca, dramatyczna i rzetelnie udokumentowana opowieść o młodych kobietach, które w obozie zagłady grały, aby przeżyć.
To jedna z najmniej znanych historii Auschwitz. Dziewczęca orkiestra pełniła funkcję narzędzia terroru, propagandy i oszustwa, a dla samych orkiestrantek stanowiła jedyną szansę uniknięcia komory gazowej. Najmłodsze z nich miały zaledwie 14 lat. Wszystkie znalazły się w sytuacji moralnie niejednoznacznej, w której nie istniały dobre wybory – jedynie takie, które pozwalały przeżyć kolejny dzień.
Anne Sebba – uznana brytyjska biografka i reporterka – przez lata zbierała rozproszone świadectwa, dotarła do archiwów, relacji pisanych i nagrań, a także rozmawiała z ostatnimi żyjącymi orkiestrantkami. Z tych źródeł powstała wielogłosowa, precyzyjna narracja, która pokazuje zarówno perspektywę grających kobiet, jak i więźniarek zmuszanych do słuchania muzyki w drodze do pracy. To książka, która nie ocenia pochopnie, ale konsekwentnie stawia pytania o granice przetrwania, winy i odpowiedzialności.
„Trzeba było grać. Pierwszy reportaż o dziewczęcej orkiestrze z Auschwitz” spotkał się już z szerokim uznaniem prasy anglojęzycznej. „The Telegraph” podkreśla „niezwykłą rzetelność i odwagę w opisywaniu moralnego bagna Auschwitz”, „The Spectator„ pisze o „pięknym i przejmującym hołdzie dla kobiet, których muzyka rozbrzmiewała w samym centrum piekła”, a „The Mail on Sunday„ zwraca uwagę na drobiazgowość źródeł i wagę przywracania imion tym, które miały zostać zapomniane.
To publikacja, która próbuje pomóc oswoić trudną historię, wspiera w postawie mierzenia się z tym, co potworne, traumatyczne, niewygodne i niejednoznaczne. Trzeba wiedzieć, że autorka nie pomija makabrycznych zdarzeń związanych z kanibalizmem, opisuje drastyczne obrazy wygłodzonych, nagich ciał, ujawnia pętle manipulacji, które bohaterki reportażu zaciskają na szyjach swoich oprawców, żeby przeżyć.
Już same tytuły rozdziałów wprowadzają nas w przerażający kontekst: „Czegoś takiego nie widziałam, jak żyję, „Orkiestra to życie”, „Byleby tylko esesmanom się podobało”, „Bólu już nie czułyśmy”, „Zostało z niej ćwierć człowieka”.
W toku narracji szybko dowiadujemy się, że bycie w obozie wiolonczelistką, a nie kolejnym numerem dawało namiastkę człowieczeństwa i mogło przywracać chęć życia. Zaś ocalenie często wiązało się z dramatycznym, nieustającym zmaganiem się z traumą dzieciństwa.
„Trzeba było grać. Pierwszy reportaż o dziewczęcej orkiestrze z Auschwitz” to głęboko poruszająca książka adresowana do wysokowytrzymałego na koszmary historii odbiorcy.
Oprac. do
Tekst powstał dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak.
Znakomity wieczór w NFM z piosenkami mistrzów piosenki we wspaniałych interpretacjach – takie komentarze można było przeczytać i usłyszeć po koncercie „Piosenki to…? Radosny Orszak Trzech Króli przetaczał się przez Wrocław zgodnie z tradycją 6 stycznia w południe i w tym czasie, jak sądzę, realizatorzy niedzielnego koncertu w NFM ustawiali nagłośnienie, światło, całą przestrzeń dużej sali, aby -dwukrotnie tego dnia- świetnie zabrzmieli w niej i dobrze wyglądali artyści piosenki, gościnnie prezentujący program „Piosenki to…? – Osiecka, Młynarski, Przybora, Kofta”.
Koncert prowadził Andrzej Poniedzielski racząc słuchaczy melancholią, liryzmem, dowcipem i autoironią. Z wdziękiem częstował widzów anegdotą, nienachalnym żartem typu: „Nie martw się, że idą walentynki, a ty nie jesteś zakochany, w święto zmarłych też nie musisz umrzeć”. Poetyckie frazy przeplatał z zapowiedziami utworów wykonywanych przez Joannę Trzepiecińską, Kacpra Kruszewskiego, Olgę Bończyk, Beatę Rybotycką i Jacka Wójcickiego.
Słuchaliśmy z rozrzewnieniem i nuciliśmy fragmenty: „Truskawki z Milanówku…”, „Kaziu zakochaj się…”, „Już kąpiesz się nie dla mnie…”, „Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę…”, „Ktoś mnie pokochał na dobre i na złe…”, „Piosenka jest dobra na wszystko…”, „Jesteśmy na wczasach w tych góralskich lasach…”, „Przeklnij mnie…”, „Dobranoc, już czas na sen…”, „Albowiem prysły zmysły”, „Ucisz serce”, „Jak to do nieba artyści szli dwaj…”.
Finałowe „Jeszcze w zielone gramy” i „Róbmy swoje” poderwało z miejsc wszystkim, którzy mogli wstać z foteli.
Zespół muzyczny pod kierunkiem Wiesława Wysockiego nie przeszkadzał wykonawcom w interpretacji utworów. Słowa poetów piosenki Agnieszki Osieckiej, Wojciecha Młynarskiego, Jeremiego Przybory i Jonasza Kofty zyskały stosowną oprawę instrumentalną. Klasyczny styl i nienaganna forma prezentacji utworów przywoływała wspomnienie początków wrocławskiego Przeglądu Piosenki Aktorskiej.
Było z klasą, sentymentem i sensem, w lubianym przez wielu słuchaczy stylu.
Oprac. i fot. do
Publicystyka:
Książki Normana Daviesa mają dla mnie, tak zwany, wysoki próg wejścia. Żeby ośmielić się rozpocząć ich czytania i mieć przy tym satysfakcję z lekturowych peregrynacji potrzebuję uwierzyć w siebie, nabrać siły i wzmóc nadzieję, że ogrom wiedzy podawany przez autora nie przytłoczy moich możliwości (ostatnio lichego czytelnika ze słabą umiejętnością skupienia się na rzetelnie prowadzonej wielowątkowej narracji). Jeśli już uda się przejść lub – jak ktoś woli – przeskoczyć ten próg, to wtedy można wziąć udział w zapasach historyka z historią znajdując w nich miejsce dla siebie.
„Igrzyska dziejów” Normana Daviesa to książka, która opowiada o historii i odsłania narzędzia, jakimi się ją tworzy. Autor przypomina w niej, że historia rodzi się na styku czasu, przestrzeni i… przypadku. Najnowsza publikacja popularnego badacza obejmującą serie wykładów łączących w sobie historię z patriotyzmem, biznesem, pamięcią czy polityką.
Nie brakuje tu wątków polskich – od Kopernika, który stał się dla autora symbolem twórczej niezależności, po powstanie warszawskie, ukazane jako przykład tego, jak pamięć kształtuje tożsamość.
Igrzyska Davisa rozpoczynają się rozważaniami o tym, że każdy i wszystko ma swoją przeszłość, którą można zbadać, opisać i przeanalizować. Nic i nikt nie jest tak nieznaczące, by nie mieć w ogóle historii- twierdzi pisarz.
Istnieje historia słuchania i słyszenia bez słuchania, istnieje historia zasypiania w ostatnim – a nawet w pierwszym – rzędzie. Mamy historie uczelni, architektury uczelnianej, mikrofonów, akustyki, dźwięku i wszystkich innych zmysłów, uśmiechów, zapachów…- czytamy w jednym z rozdziałów.
Ponad osiemdziesięcioletni autor opowiada o pasji i ciekawości, która może prowadzić do uzależnienia.
Takiego rodzaju przelękłej choroby pozostaje mi życzyć naszym czytelnikom w nowym roku.
Oprac. do
Tekst powstał dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak.
Debiutancki reportaż Nadii Urban, Piotra Sochonia i Weroniki Truszczyńskiej o chińskiej polityce jednego dziecka to publicystyka najwyższych lotów. Zgrabnie prowadzoną, żywą, interesującą narrację nie zapowiada grafika na okładce i wzmianka (na pierwszej stronie) o tym, że autorzy są twórcami podcastu. Nie warto jednak sugerować się zewnętrzem, kiedy wnętrze aż kipi od zapisu ciekawych obserwacji.
Książka twórców podcastu „Mao Powiedziane” ukazała się nakładem wydawnictwa Znak Literanova. Zapowiadana jest jako pierwszy polski reportaż o tym, jak polityka jednego dziecka stworzyła współczesne Chiny. Autorzy zadają pytania o to, czy Chińczyk bez mieszkania ma szansę znaleźć żonę? Jak Państwo Środka stało się państwem kujonów? Czemu najdroższe panny młode to te, które mają braci? Dlaczego w Chinach każdego roku dokonuje się więcej aborcji niż rodzi się dzieci? Kogo nazywa się „nagimi gałęziami”?
Choć teoretycznie polityka jednego dziecka miała na celu uniknięcie przeludnienia, konsekwencje okazały się zdecydowanie dalej idące. To dzięki niej Chiny stały się nowoczesnym społeczeństwem, dla którego modernizacja i wzrost gospodarczy stanowią priorytet. Jednocześnie wysoką cenę zapłaciły za to miliony osób: matki poddawane przymusowej sterylizacji, córki, które porzucano lub sprzedawano obcym rodzinom, by wychować je na żony, a także synowie, dla których zwyczajnie brakuje partnerek. – czytamy na okładce.
Okazuje się, że Weronika Truszczyńska, Nadia Urban i Piotr Sochoń, znają Państwo Środka od podszewki. Od lat mieszkają w Szanghaju i przybliżają Polakom nieznane oblicze Chin.
Jeśli potencjalny czytelnik (a dokładniej czytelniczka) ma doświadczenie bycia córką w europejskim kraju to, warto popatrzeć na ten fakt z perspektywy azjatyckiej. Lektura „Chin jednego dziecka” daje takie możliwości. Poszerza horyzonty tłumacząc: „w tradycyjnym społeczeństwie chińskim córka wiązała się przede wszystkim z kosztami, a po ślubie opuszczała rodziców i stawała się częścią klanu męża. Jej obecność w domu rodzinnym była tymczasowa, więc inwestycja w jej edukację czy rozwój wydawała się bezsensowna. Mówiło się, że córki są jak rozlana woda, której nie da się zebrać z powrotem do naczynia”.
W reportażu czytamy także armii samotnych mężczyzn oraz o zaburzeniach takich jak dysleksja, autyzm czy ADHD, które są w Chinach stygmatyzowane i niezrozumiane. Poznajemy metody na zawarcie małżeństwa bez płacenia za pannę młodą.
Wśród tematów poruszanych przez trójkę autorów szczególnie poruszające wydają się przytaczane statystyki dotyczące samobójstw i depresji wśród osób starszych. Niektórzy jako potencjalny powód takiego stanu rzeczy wskazują brak religijności. Chiny to kraj z definicji ateistyczny.
Zamiast pojechać do Chin można poczytać o Chinach. Wyjdzie taniej, a wiedza wyraźnie napęcznieje, być może stanie się tak i z kontem w banku.
Notki o autorach, podaję za wydawnictwem:
Weronika Truszczyńska – sinolożka, absolwentka studiów o współczesnych Chinach na East China Normal University. Właścicielka firmy handlowej w Szanghaju oferującej polskim biznesom konsultacje i tłumaczenia polsko-chińskie. Od niedawna także pilotka wycieczek do Państwa Środka. Od 2015 roku tworzy najpopularniejsze w polskim internecie treści o Chinach, pisze książki i e-booki. Najbardziej znany – Jak podróżować po Chinach – pomógł tysiącom polskich turystów zgłębić ten kraj na własną rękę.
Nadia Urban – doktorantka, autorka prac naukowych, edukatorka. Zajmuje się badaniem algorytmów mediów społecznościowych, łącząc perspektywę techniczną z analizą ich wpływu na życie społeczne. Prowadzi zajęcia uniwersyteckie z Computational Social Science, uczy młodzież szkolną o sztucznej inteligencji i analizy danych oraz organizuje warsztaty popularyzujące wiedzę o AI. Od 2017 roku mieszka w Państwie Środka, gdzie ukończyła z wyróżnieniem studia magisterskie o współczesnych Chinach.
Piotr Sochoń – badacz współczesnych Chin, doktorant prawa. W swojej pracy łączy analizy chińskiego systemu prawnego i regulacji nowych technologii z wykorzystaniem programowania i metod ilościowych. Założył Fundację Horizoom, aby pomagać instytucjom i firmom lepiej rozumieć chińską rzeczywistość.
Oprac. do
Tekst powstał dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak.
Juan Luis Arsuaga jest jednym z najwybitniejszych współczesnych paleoantropologów. Od dekad prowadzi badania na słynnym stanowisku w Atapuerce, gdzie uczestniczył w odkryciu najstarszych szczątków przodków człowieka w Europie. Jest profesorem Uniwersytetu Complutense w Madrycie. Wykładał gościnnie na uczelniach od Cambridge i Rzymu po Tel Awiw i Nowy York. Publikuje w najważniejszych czasopismach naukowych, takich jak „Nature” i „Science”. Jego książki, w tym bestsellerowe „Życie. Fascynująca podróż przez 4 miliardy lat”, zostały przetłumaczone na dziesiątki języków i podbiły listy bestsellerów. Nikt tak jak on nie opowiada o ewolucji człowieka, łącząc naukową precyzję z pasją i literackim talentem. Za swoje osiągnięcia otrzymał m.in. Nagrodę Księcia Asturii oraz Nagrodę Castilla y León – takie wieści przynoszą notki biograficzne, a jaki ma to związek z najnowszą książką naukowca? Warto przekonać się o tym osobiście.
Spod pióra paleoantropologa wyszedł opasły tom fascynującej podróży w głąb ludzkiego ciała. „Ciało. Arcydzieło siedmiu milionów lat ewolucji” to rewolucyjna lekcja anatomii. To podziw nad budową mięśnia, ścięgna i kości. To opis nieprawdopodobnych możliwości, którymi dysponujemy, dzięki stopie, podudziu, miednicy, szyi i głowie.
Czy wiecie, np. że:
„Od niedawna tu i ówdzie słychać ostrzeżenia, że zbyt częste używanie telefonu komórkowego może skutkować powstaniem rogu na karku człowieka.”
A czy oglądając Jezusa na krzyżu zastanawiacie się czasem nad budową jego mięśni?
„Mięsień ukrzyżowanego jest widoczny, gdy ramię jest uniesione i dlatego odgrywa istotną rolę w sztuce sakralnej, gdy twórca chce przedstawić ukrzyżowanego Chrystusa. Mięsień kruczo-ramienny stanowi część pachy- nie da się jej poprawnie namalować bez znajomości budowy tej części ciała”.
Juan Luis Arsuaga, autor „Ciała. Arcydzieła siedmiu milionów lat ewolucji”, przyznaje, że nie wie z jakim czytelnikiem ma do czynienia. Być może z takim, który lubi fizykę i matematyką – tak samo jak on – i chce poznać wzory precyzyjnie opisujące mechanikę ciała: odległości, kierunki, kąty, momenty. „Wzory te cechuje czystość i piękno, które przybliżają nas do transcendencji. Ale możliwe, że ciebie takie szczegóły nie interesują [pisze autor] chciałbym, aby ta książka była przydatna dla jednych i drugich odbiorców”. I tak też się dzieje. Juan Luis Arsuaga z wyczuciem literata i precyzją naukowca zaprasza czytelnika do świata anatomii.
„Ciało” jest lekturą uniwersalną. W zależności od potrzeby chwili i zainteresowania można wybierać z jej ogromu to, co w danej chwili najbardziej nas frapuje. Można poczytać o „kurzych łapkach” i „wzroku szczeniaka” lub „zarzynanego baranka” lub poznać dokładne nazwy składające się budowę czaszki.
A wszystko to czyta się z lekkością i z chęcią poszukiwania opisywanych obszarów na mapie własnego lub czyjegoś ciała.
Warto wspomnieć, że we Wrocławiu od 10 stycznia otwarta zostanie wystawa ciesząca się dużą popularnością, a której tytuł brzmi „Body worlds: the cycle of life”. W przestrzeni IASE przy ul. Wystawowej 1, obok Hali Stulecia będzie można poddać subiektywnej analizie porównawczej książkę Juana Luisa Arsuaga i ekspozycję. Połączenie lekturowej przyjemności z oglądnięciem wystawy poświęconej anatomii człowieka może okazać się inspirującym wydarzeniem.
Oprac. do
Tekst powstał dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak.
We Wrocławskim Teatrze Współczesnym zalęgły się kafkowskie karakany. Tańczą na Dużej Scenie w pluszowych strojach, budzą przerażenie, śmiech i metaforyczne skojarzenia. Michał Kmiecik wziął na warsztat sceniczny opowiadanie Franza Kafki pt. „Przemiana”. Na jego podstawie stworzył przedstawienie o antynomiach – normatywności i jej braku, akceptacji i niemocy w jej osiągnięciu, miłości i nienawiści, o relacjach międzyludzkich, które budują i zabijają. W ascetycznej, nieprzebodźcowanej formie pomieścił wiele wątków i tematów tak samo aktualnych dziś, jak i sto lat temu, kiedy powstawał literacki pierwowzór „Przemiany”.
Akcja przedstawienia rozpoczyna się od przychodzenia pracowników do biura. Śledzimy charakterystyczne gesty bohaterów, ich sposób poruszania się, ubierania i zdejmowania okryć wierzchnich. Poznajemy postacie przez obserwację ich zachowania. Potem okazuje się, że jeden z pracowników nie pojawił się w pracy, wiec szef nakazuje sprawdzić, co jest powodem nieusprawiedliwionej absencji Gregora Samsa. Sprawę ma wyjaśnić jeden z – zagorzale zaangażowanych w uderzanie w klawiaturę komputera – pracowników firmy, który udaje się do domu nieobecnego.
Trzymające w napięciu pauzy, zawieszenia i repetycje budują napięcie i trzymają spektakl w kafkowskich ryzach. Scenograficzna biel i szarość, beż i brązy, pluszowe kostiumy robaków, zaskakujący finał, dystyngowane jedzenie jabłek na śniadanie, ciekawe połączenie wizualizacji z akcją w planie żywym i znakomite aktorstwo zespołu Wrocławskiego Teatru Współczesnego dają poczucie niebanalnie spędzonych ponad dwóch godzin w świecie „Przemian”.
Spektakl dla wielbicieli kafkowskiego uwikłania i niepewności może okazać się świetnym przypomnieniem metaforyki pisarza, zaś dla poszukiwaczy teatralnych wrażeń i emocji badawczym, twórczym zanurzeniem w groteskę i absurd. Na jedno i drugie możemy się śmiało decydować, bez obawy, że karakan przyprawi wieczór nudą.
Realizatorzy:
tłum. Juliusz Kydryński
scenariusz i reżyseria Michał Kmiecik
dramaturgia Ida Ślęzak
scenografia Szymon Szewczyk
kostiumy Natalia Burzyńska
muzyka i udźwiękowienie Wojciech Kucharczyk
video Agnieszka Piesiewicz, Filip Wierzbicki
kamery operatorskie na żywo Marek Hajduk
konsultacja choreograficzna Malwina Pietrzyk-Nowak
światło Janusz Kaźmierski, Jan Sławkowski, Daniel Piaskowski
dźwięk Maciej Rzońca, Piotr Postemski, Kacper Dubicki, Marika Kiełbiowska
asystentka reżysera Anna Kieca
asystent scenografa Bajka Mourier
inspicjentka Justyna Bartman-Jaskuła
Obsada spektaklu:
Gregor Samsa Mariusz Bąkowski
Pan Samsa Rafał Cieluch
Pani sekretarka, Służąca 2 Zina Kerste
Pani Samsa Anna Kieca
Pracownik 1, Współlokator 1 Przemysław Kozłowski
Pan szef Miłosz Pietruski
Greta Samsa Dominika Probachta
Pan prokurent Tadeusz Ratuszniak
Pracownik 2, Współlokator 2 Tomasz Taranta
Służąca 1 Lina Wosik
oprac. do
fot. Filip Wierzbicki \ materiał WTW
Rozpocząć drugie ćwierćwiecze 2000 roku z żartem rodem ze Studenckiego Teatru Satyryków to chyba niezły pomysł. A spotkanie ze Stanisławem Tymem, słynnym instruktorem kulturalno- oświatowym z kultowego filmu Marka Piwowskiego „Rejs” może wróżyć tylko poprawę humoru.
Nakładem oficyny Znak ukazała się książka Ryszarda Abrahama „Tym. Wolałbym być psem”. Już sam tytuł osadza czytelnika w przestrzeni żartu, ironii i drwiny. Pobłażliwość nieagresywnego dowcipu przyjemnie ujawnia się na kartach książki opatrzonej archiwalnymi zdjęciami tytułowego bohatera.
W ramach dyskretnej zachęty do sięgnięcia po nowość Znaku zacytuję kilka fragmentów z książki o satyryku. Na początek ten, który dotyczy przejedzenia (jesteśmy w okresie poświątecznym obfitującym w tego typu rewelacje gastryczne).
Ryszard Abraham pisze, że w pierwszych dniach pracy Stanisław Tym „wrąbał pół kilo chałwy za jednym zamachem”. Trzy dni ją trawił.
Jerzy Derfel robił obiad koledze i ostatecznie podał ziemniaki bez mięsa, bo okazało się, że galaretka na patelni mu znikała. W innym miejscu czytamy, że trzeba mieć w życiu szczęście. Himilsbach dodałby jeszcze: „I, niestety, trzeba umieć z tego skorzystać” – zgrabnie podsumował myśl.
Więcej o środowiskowej anegdocie, która mówi, że to Tym napisał Wajdzie oskarowe przemówienie „Będę mówił po polsku, ponieważ myślę po polsku” znajdziemy w kolejnym rozdziale.
Potem tematy i wątki rodzinno-towarzysko-obyczajowe przeplatają się tworząc przyjemną w odbiorze sumę anegdot i wspomnień.
Czytamy o tym, jak Stanisław Tym został rolnikiem, jak przenosił żaby na drugą stronę jezdni, żeby nie zostały rozjechane przez samochody. „Co taka żaba winna, że drogę na skróty wybrała…”.
O psach, w opinii Tyma, czytamy: „Ich wiara, że człowiek nie zrobi im niczego złego, bardzo uspokaja”.
Autor książki opisuje spotkanie przyjaciół ( Stanisława Tyma i Jerzego Derfla) zamieniając je w zabawną historię. Okazuje się, że omyłkowa zamiana frazeologizmów „puścić pawia” i „zapuścić żurawia” jest w stanie zbudować humorystyczną puentę.
Książkę „Tym. Wolałbym być psem” Ryszard Abraham kończy wspomnieniem niezwykłości chwili pogrzebu satyryka, aktora i felietonisty.
Oprac. do
Tekst powstał dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak.






















































































