Dwudziestego szóstego sierpnia nakładem Wydawnictwa Czarne ukazał się reportaż Marcina Stasiaka „Lekarze prowincjonalni”. To książka o lekarzach, którzy po II wojnie światowej ruszyli tam, gdzie nowoczesność miała dopiero nadejść. Ale także o mieszkańcach wsi i małych miasteczek, dla których spotkanie z medycyną było jednym z wielu spotkań z nowym porządkiem świata.
Prowincja nie jest tu jedynie miejscem akcji. Staje się przestrzenią, w której szczególnie wyraźnie widać napięcia związane z modernizacją. To tutaj państwowe ambicje zderzają się z codziennością, wiedza medyczna z lokalnym doświadczeniem, a odgórnie projektowana zmiana – z przyzwyczajeniami, lękami i nieufnością. Stasiak przygląda się temu procesowi z perspektywy ludzi, którzy mieli tę zmianę wprowadzać, i tych, którzy mieli ją przyjąć.
Autor jest historykiem, adiunktem w Katedrze Antropologii Historycznej i Teorii Historii w Instytucie Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Napisał (wraz z Martą Kurkowską-Budzan) „Stadion na peryferiach” oraz „Polio w Polsce 1945–1989. Studium z historii niepełnosprawności”, wyróżnione w 2022 roku Nagrodą Historyczną „Polityki” w kategorii monografie naukowe. Jego sposób pisania wyrasta z zainteresowania historią społeczną: wielkie procesy historyczne najlepiej widać wtedy, gdy spojrzymy na nie z perspektywy pojedynczego człowieka.
W „Lekarzach prowincjonalnych” ta metoda działa szczególnie dobrze. Zamiast kolejnej opowieści o instytucjach, reformach i statystykach otrzymujemy historię modernizacji opowiedzianą poprzez biografie. Lekarze, stomatolodzy, felczerzy, pielęgniarki i położne są nie tylko wykonawcami polityki zdrowotnej państwa. Stają się jej twarzą. To za ich pośrednictwem nowa władza próbuje dotrzeć do mieszkańców wsi, osad i małych miasteczek.
Po wojnie obietnica była ambitna: powszechna opieka zdrowotna miała być jednym z fundamentów nowego społeczeństwa. Medycyna, podobnie jak elektryfikacja czy powszechna edukacja, miała dotrzeć do wszystkich. Problem polegał na tym, że pomiędzy deklaracją a rzeczywistością rozciągała się cała prowincja – ze swoimi brakami, przyzwyczajeniami i własnymi sposobami radzenia sobie z chorobą.
Medycy przyjeżdżali więc do miejsc, w których często brakowało mieszkań, wyposażenia i podstawowych warunków do pracy. Byli jednocześnie lekarzami, edukatorami, urzędnikami i emisariuszami nowego porządku. Mieli nie tylko leczyć, lecz także zmieniać sposób myślenia o zdrowiu.
To zadanie okazywało się znacznie trudniejsze niż samo otwarcie gabinetu.
Najciekawsze fragmenty książki pojawiają się właśnie tam, gdzie oficjalna historia spotyka się z codziennością. Nafty używano do leczenia zmian na przemarzniętych kończynach i walki z wszawicą. Bóle leczono okładami z otrąb i owsa, a trudno gojące się rany – chlebem razowym z pajęczyną i śliną. Gdy domowe sposoby zawodziły, pozostawali znachorzy i uzdrowiciele. Ich popularność nie była wyłącznie wynikiem niewiedzy. Wynikała także z dostępności, zaufania i przekonania, że lokalne doświadczenie może być równie ważne jak wiedza przywieziona z miasta.
W tym miejscu książka Stasiaka wymyka się prostemu podziałowi na nowoczesność i zacofanie. Autor nie patrzy na swoich bohaterów z pozycji kogoś, kto wie lepiej, jak powinien wyglądać świat. Interesuje go raczej sam moment zderzenia dwóch porządków. To, co z dzisiejszej perspektywy wydaje się absurdalne, wówczas mogło być jedynym dostępnym sposobem radzenia sobie z chorobą. To, co lekarz uważał za oczywiste, dla jego pacjenta mogło być obce, niezrozumiałe, a nawet budzić lęk.
Modernizacja okazuje się zatem procesem znacznie bardziej skomplikowanym niż wymiana jednych praktyk na drugie. Nowe nie wypiera starego natychmiast. Przez długi czas oba porządki funkcjonują obok siebie.
„Stare i oswojone spotykało się wtedy z nowym i niezrozumiałym” – pisze Stasiak. To zdanie można potraktować jako klucz do całej książki.
Bo „Lekarze prowincjonalni” są w istocie opowieścią o spotkaniu. Lekarz spotyka pacjenta, miasto spotyka wieś, państwowa instytucja spotyka lokalną wspólnotę, naukowa wiedza spotyka doświadczenie. Każde z tych spotkań wymaga negocjacji. I każde ma swoją cenę.
Stasiak nie zapomina przy tym o tych, którzy mieli być narzędziem tej zmiany. Pisze o samotności profesjonalistów, którą określa rewersem samodzielności. Prowincja dawała lekarzom dużą niezależność, ale jednocześnie wystawiała ich na próbę. Praca z dala od dużych ośrodków oznaczała konieczność improwizacji, odpowiedzialność i funkcjonowanie w środowisku, którego kodów nie zawsze znali.
Dla jednych praca na peryferiach była tylko epizodem. Dla innych – doświadczeniem, które zmieniało ich życie. Ich biografie pokazują jednak coś więcej: że modernizacja nie może być skuteczna, jeśli sprowadza się do nakazu. Nowe standardy trzeba nie tylko wprowadzić, ale również oswoić. A do tego potrzebne są czas, zaufanie i empatia.
Właśnie dlatego „Lekarze prowincjonalni” są ciekawi nie tylko jako książka o historii medycyny. Stasiak pokazuje mechanizm, który wykracza poza PRL i ochronę zdrowia. Każda modernizacja, która przychodzi z zewnątrz, musi w pewnym momencie zderzyć się z lokalnym doświadczeniem. Pytanie nie brzmi więc wyłącznie: jak skutecznie zmienić świat? Równie ważne jest pytanie: jak sprawić, żeby ludzie chcieli tę zmianę przyjąć?
Narrację uzupełniają fotografie archiwalne. Nie pełnią jedynie funkcji ilustracyjnej. Pozwalają zobaczyć przestrzeń, w której rozgrywa się opowieść: prowincję uchwyconą w momencie przemiany, zawieszoną pomiędzy dawnym a nadchodzącym. Ten wizualny wymiar książki przywołuje skojarzenie z „Aktorami prowincjonalnymi” Agnieszki Holland – również opowieścią o ludziach funkcjonujących na obrzeżach wielkiej zmiany i próbujących odnaleźć dla siebie miejsce w świecie, który dopiero się formuje.
Największą siłą książki Stasiaka jest właśnie umiejętność oglądania historii z bliska. Zamiast wielkich słów dostajemy małe gesty, zawodowe frustracje, choroby, przesądy, samotność i codzienną pracę. Z takich drobin autor buduje szerszy obraz społeczeństwa, które w pierwszych dekadach po wojnie przechodziło przyspieszoną lekcję nowoczesności.
„Lekarze prowincjonalni” nie są jednak książką o triumfalnym pochodzie postępu. Raczej o jego kosztach, ograniczeniach i nieoczywistości. O tym, że pomiędzy decyzją podjętą w ministerialnym gabinecie a człowiekiem siedzącym w poczekalni lekarza znajduje się cała rzeczywistość, której nie da się sprowadzić do statystyk.
Stasiak przypomina, że historia modernizacji zaczyna się nie w dokumentach, lecz w życiu konkretnych ludzi. I że czasem najważniejsze przemiany można zobaczyć w najbardziej niepozornych miejscach: w wiejskim gabinecie, przy kuchennym stole, w kolejce do lekarza.
To dlatego „Lekarze prowincjonalni” są czymś więcej niż zbiorem historii medyków pracujących na peryferiach. To dobrze udokumentowana, a zarazem żywa opowieść o Polsce, która próbowała stać się nowoczesna. I o tym, jak trudno zmienić codzienność, kiedy codzienność ma własną pamięć.
Oprac. i fot. do
Tekst powstał dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne.

















