„Widzę nic” to sceniczny debiut Filipa Zawady – wrocławskiego pisarza, nominowanego do Nagrody Nike. Sztukę nagrodzono na IV Konkursie Dramaturgicznym STREFY KONTAKTU 2021 za „wnikliwe rozpoznanie i oryginalne przedstawienie zagrożeń współczesnego świata”.
To rozpisana na sceniczny, wielogłosowy chór opowieść o homoseksualnej, niewidomej kobiecie. W ujęciu Zawady „nie-widzenie” umożliwia prawdziwe poznanie rzeczywistości, bo uwalnia od złudzeń i fałszu, a bohaterce daje siłę. – Obojętność może być sensem życia – podkreśla Zawada.
Spektakl powstał w koprodukcji z Teatrem Modrzejewskiej w Legnicy i bierze udział w 28. Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
Obsada:
WTW:
- Anna Błaut
- Elżbieta Golińska
- Dominika Probachta
- Jolanta Solarz-Szwed
Teatr Modrzejewskiej w Legnicy:
- Katarzyna Dworak-Wolak
- Aleksandra Listwan
- Magdalena Skiba
- Małgorzata Urbańska oraz Małgorzata Madi Rostkowska (aktorka gościnna, tłumaczka języka migowego)
Czas trwania: 80 minut
Nie byłam w Neapolu, ani na Sycylii, ale oglądałam udaną realizację baletu „Napoli” w Operze Wrocławskiej. Szczegóły na temat spektaklu, z tanecznym podskokiem entuzjazmu, opublikowaliśmy na PIK-u jakiś czas temu – https://pik.wroclaw.pl/pogodny-napoli-1841-po-premierze-w-operze-wroclawskiej/ . Teraz z pomocą przychodzi mi Wydawnictwo Czarna Owca. A jakże, nazwa zobowiązuje, jakie inne wydawnictwo mogłoby się zająć tym szemranym, mafijnym tematem, chyba nie Mamania, czy Agora?
Premiera książki była niedawno, bo 13 listopada, zatem informacje w niej zawarte można uznać za aktualne i cenne dla podróżników, wakacjuszy, fanów meandrowania po historycznych zakamarkach Włoch. Jednak trzeba przyznać, że „Włoska Mafia” autorstwa Johna Dickie nie nadaje się do noszenia w torebce, czy małym plecaczku. To gruby tom, który zasługuje na silne ręce, twarde ramię i dość dobry wzrok z powodu wielkości czcionki. Publikacja obejmuje dużą ilość szczegółowych informacji, są przypisy, indeks i fotografie. I przede wszystkim interesujący, barwny świat przestępczości, która przenika politykę, biznes i życie codzienne – od powstania republik po współczesne globalne imperium mafijne.
Wydawca zachęca do przeczytania publikacji w taki sposób:
„W 1946 roku Włochy, po wojennej zawierusze, stały się republiką demokratyczną. Jednak nad nowym państwem wciąż ciążyła klątwa, którą stanowiły trzy potężne organizacje przestępcze: sycylijska cosa nostra, neapolitańska kamorra oraz kalabryjska 'ndrangheta. Te mafijne struktury, działające od ponad stu lat, doskonaliły swoje metody, przygotowując się do najkrwawszego etapu swojej historii.
John Dickie, wykładowca historii Włoch w londyńskim University College, autor bestsellerów Cosa nostra i Mafia brotherhoods, w fascynujący sposób opisuje, jak wzrastała potęga włoskich organizacji mafijnych oraz jak zacieśniające się między nimi relacje doprowadziły do przerażających konsekwencji.
Zajrzyj za kulisy najpotężniejszych organizacji przestępczych świata i odkryj prawdziwe historie ludzi, którzy zmienili bieg włoskiej historii”.
Po takiej rekomendacji trudno nie poddać się czytelniczemu szaleństwu. Grudniowe wieczory są długie, jakby szyte w sam raz na grube książki. A może warto zamienić mały plecak lub niewystarczająco dużą torebkę na większy rozmiar? Decyzja należy do potencjalnych czytelników. Zatem wypada życzyć osobliwej przyjemności z mafijnej, makaronowej podróży w europejskim włoskim bucie z wyspiarskimi frędzlami i przyległościami.
Oprac. do
Tekst powstał dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarna Owca.
Najsłynniejszy Andrzej, choć imię ma trochę zmechacone- jak sam przyznaje – wystąpił w Impart Centrum przy ul. Piłsudskiego w swoje imieniny. W ostatni dzień listopada zamiast wróżyć z kart i lać wosk przez dziurkę od klucza mogłam mieć pewność, że spędzę wyśmienity wieczór, z którego wyleje się cała masa inteligentnego, podszytego melancholią, humoru. Taplałam się w nim z rozkoszą, ale bez histerii- jak zalecał w wielu fragmentach swojego monologu artysta obchodzący swoje 70 urodziny.
Piosenek w jubileuszowym wieczorze było nie za dużo. Zapowiedzi, chyba więcej, ale na takich, Poniedzielskowych zapowiedziach (pozwolę sobie użyć neologizmu osobniczego, który charakteryzuje rodzaj charyzmy scenicznej tylko jednego Andrzeja z Polski) można zbudować cały koncert i mieć dużą satysfakcję z jego wysłuchania, a po dyskretnym uśmiechu na twarzy artysty wywołanym gromkimi brawami publiczności, wnioskuję, że i występowanie mogło przynieść odrobinę przyjemności artyście, ale bez przesady, rzecz jasna.
W 2024 roku Andrzej Poniedzielski obchodzi 50-lecie pracy artystycznej, pewnie dlatego andrzejkowy wieczór obfitował w większości znane, lubiane i cenione piosenki oraz monologi. W trakcie wyjątkowego koncertu ze sceny wybrzmiały satyryczne i liryczne piosenki o miłości, szczęściu, upływie czasu – wszystkie napisane przez jubilata. Zaprezentowane w nowych aranżacjach, okraszone wysublimowanym dowcipem i inteligencją mistrza słowa powodowały wybuchy śmiechu i pomruki zrozumienia widzów szczelnie wypełniających salę.
Artyście na scenie nienachalnie towarzyszyli muzycy grający na instrumencie klawiszowym, klarnecie i gitarze.
Po koncercie foyer Imparu wypełniło się widzami, na których twarzach rysowały się zmarszczki zadowolenia z udanego wieczoru. I to chyba najpiękniejsze zmarszczki, jakie widuje się u widzów tylko po spotkaniu z wyśmienitymi artystami. Niektórzy stali w kolejce po płaszcz w szatni nucąc:
trzymaj się swoich chmur
mieszkaj tam, a bywaj tu
każdy tę nadzieję ma
zagrać w filmie „Życie 2”
inni myśleli o tym, że:
Chyba już można iść spać
Dziś pewnie nic się nie zdarzy
Chyba już można się położyć
Marzeń na jutro trzeba namarzyć
Byli też i tacy, którzy wspominali:
La La La
La La La
Ta piosenka to piosenka całkiem zła
To piosenka, która mówi
Jak się nie ma, co się lubi
To nie lubi się i tego, co się ma
Oprac. i fot. do
„Duma i gniew. Uciekinierzy” to opowieść obyczajowa o tajemnicach rodzinnych, patriotyzmie, zdradzie, sprawiedliwości i chęci zemsty. Skomplikowaną historię dwojga młodych ludzi ukazanych na tle burzliwych wydarzeń końca XVIII wieku stworzyła Joanna Jakubczak publikująca pod pseudonimem Joanna Jax. Wydawnictwo Skarpa Warszawska ma na swoim koncie dużo książek obyczajowych tej autorki.
Joanna Jax słynie z bestselerowych sag rodzinnych, z umiejętnie rysowanego tła historycznego, dynamicznych opowieści i kreślenia portretów wielowymiarowych bohaterów. Jej najnowsza książka nie jest ani wywrotowa, ani rewolucyjna pod względem techniki i stylistyki narracyjnej. Pisarka pielęgnuje autorski sposób kreślenia fabuły, przez co doskonale dostraja się do oczekiwań swoich czytelników. Tym razem zaprasza nas do narracyjnej rzeczywistości magnatów, kamerdynerów i szlacheckich rodów.
Opis fabuły „Dumy i gniewu” niech będzie tego potwierdzeniem.
Józef Rastawicki, pisarz sądowy na dworze królewskim w nagrodę za udział w akcji odbicia z rąk porywaczy króla Stanisława Augusta Poniatowskiego otrzymuje niewielki majątek na Podolu i przenosi się tam wraz z żoną i synem, Miłoszem. Doceniając wagę wykształcenia, wysyła pierworodnego do szkół w Warszawie, a potem do Paryża. Józef uważa, że jego syna czeka wielka kariera i liczy, że Miłosz, podobnie jak niegdyś on, trafi na dwór królewski. Pewnego jednak dnia młody Rastawicki zostaje świadkiem morderstwa. Okoliczności sprawiają, że pozwala uciec sprawcy i przez to sam zostaje oskarżony o tę zbrodnię. Musi uciekać i zmieniać miejsca pobytu, a jego życie zamiast się ustabilizować, przypomina wielką wędrówkę po Europie. Dwa zaprzyjaźnione ze sobą rody szlacheckie, Barszczewskich i Łubieńskich postanawiają zacieśnić swoje więzy poprzez mariaż Bogdana Barszczewskiego i Aleksandry Łubieńskiej. Ślub jednak musi zostać przełożony, ponieważ w domu Barszczewskich dochodzi do tragedii. Tymczasem, gdy nadchodzi właściwy czas, przyszła panna młoda znika bez śladu wraz ze swoją służącą, Matyldą.
Może tak zarysowana akcja zachęci niedoszłych jeszcze czytelników Joanny Jax do bezpiecznego wtopienia się, na kilka zimowych wieczorów, w świat XVIII wiecznych oberży lub choćby przekartkowania rozdziałów w poszukiwaniu bezpiecznej izby w Polsce pod zaborami.
Oprac. do
Tekst powstał dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skarpa Warszawska.
Spektakl premierowy w Centrum na Przedmieściu okazał się być monodramem Adama Pietrzaka, współtwórcy i jednego z założycieli Teatru Układ Formalny. „Dzień Ojca” w reżyserii Macieja Rabskiego powstał w koprodukcji z Muzeum Pana Tadeusza / Ossolineum. To przedstawienie o synowsko-ojcowskich relacjach, odchodzeniu, godzeniu się ze stratą, rozliczaniu się z przeszłością, wspomnieniach lat dziecięcych.
Główny bohater – Konrad- mierzy się z mitami i stereotypami na temat ojcostwa z lat 90 i 2000. Dzieje się to w otoczeniu realistycznych przedmiotów z okresu przełomu wieków. Na szafce stoi telewizor kineskopowy, do magnetowidu wkładana jest kaseta VHS, do odtwarzacza płyt kompaktowych – CD, na ścianie wisi portret papieża. Czerwony rowerek przywołuje wspomnienia nauki jazdy na nim. Przestrzeń sceny okalają fotele, na jednym z nich siedzi, jak się później okazuje, Konrad- niemowlę – plastikowy, nagi bobas, którego w jeden ze scen figura ojca zachęca do spróbowania piwa. Karton z napisem „rzeczy taty” – staje się skrzynią, z której bohater wyciąga garnitur i sandały po ojcu razem z wesołymi i przykrymi wspomnieniami dzieciństwa.
Zanim wnikniemy w jego strzępy pamięci i zdarzeń, uczestniczymy w autoterapii. Przyglądamy się relacji Konrada ze swoim ojcem. Dostajemy obraz, wydawałoby się, zwykłej kochającej się polskiej, katolickiej rodziny: ojciec, matka… i syn. Z pozoru nic nadzwyczajnego, a jednak ciężar pamięci okazuje się traumatyczny dla młodego, wrażliwego chłopca, a potem mężczyzny.
Spektakle w Układzie Formalnym to realizacje, które nie pozostawiają widza obojętnym. „Dzień Ojca” na pewno do nich należy. Podobnie jak wcześniejsze, o których pisaliśmy na łamach PIK-a. Publicystyka – https://pik.wroclaw.pl/?s=układ+formalny
„Dzień Ojca” to spektakl oparty na tekście Macieja Rabskiego pt. „Nieojciec.Niesyn” oraz na fragmentach tekstu Adama Michała Pietrzaka pt. „Projekt Ojciec”.
Czas trwania: około 60 minut
Spektakl rekomendowany dla widzów od 15. roku życia.
REALIZATORZY/ REALIZATORKI
scenariusz/ reżyseria/ scenografia MACIEJ RABSKI
reżyseria światła/ projekcje KACPER SCHEFFLER
muzyka WIKTOR GRZEGORZEWSKI
kostiumy/rekwizyty BARBARA SCHEFFLER
głos z offu MAREK SZTARK, NATALIA DUDZIAK
obsada
ADAM PIETRZAK
Spektakl powstał w koprodukcji Teatru Układ Formalny oraz Muzeum Pana Tadeusza / Ossolineum.
Projekt powstał w ramach stypendium artystycznego Marszałka Województwa Dolnośląskiego dla osób zajmujących się twórczością artystyczną oraz upowszechnianiem kultury.
Projekt jest realizowany w ramach Stypendium Artystycznego Prezydenta Miasta Wrocławia.
Oprac. i fot. do
Scena na dziedzińcu przeszklonego Teatru Muzycznego Capitol, tak zwane Podwórko – otwarta przestrzeń z wieloma wejściami i wyjściami, z balkonami, zieloną ścianą… a od września (wtedy miał miejsce wernisaż wystawy Anastasii Rydlevskiej) z zawieszonym na suficie podwórka (jeśli podwórko może mieć sufit) kilimem – instalacją reagującą na przepływ powietrza. Krzesła ustawione amfiteatralnie w kierunku napisu „Teatr” umieszczonego nad portalem wejściowym, przez który zwykle chodzi się do szatni i na widownię. Pod napisem, na pierwszym planie – fortepian, perkusja, klarnet… Za chwilę zacznie się przedstawienie o intrygującym tytule „Zatańczyć jesień. Dialogi na trąbki i nogi z użyciem dyrygenta”. Siadamy w ostaniem rzędzie, prawie pod palmą, a może innym drzewkiem, w dużej doniczce. Stąd nie widzimy całej sceny ze szczegółami, ale za chwilę będziemy mogli obserwować reżysera i dyrygenta widowiska w pełnej krasie wyginającego się przy pulpicie. To osobne przedstawienie, zasługujące na osobną relację. Jednak słowo „Punkt” w nazwie naszego serwisu informacji kulturalnej zobowiązuje do skrótowości, więc porzucam rozwlekły styl i wypunktuję, co się zdarzyło.
29 listopada odbyła się premiera spektaklu taneczno-muzycznego w reżyserii Jacka Gębury. Przedstawienie było zwieńczeniem projektu „Zatańczyć jesień. Dialogi na trąbki i nogi z użyciem dyrygenta”. Wystąpiło w nim dziesięciu tancerzy i pięciu muzyków.
On- czuły kreator spotkania, oni- wrażliwi na siebie artyści – tancerze, muzycy, wokaliści stworzyli dzieło zaskakujące, niejednoznaczne, nie dające się zaszufladkować, nie do zamknięcia w jednej formie, wymykające się opisowi, postrzeganiu, percepcji, a jednocześnie intrygujące, trzymające w napięciu, przemawiające do widzów w emocjonujący sposób za pomocą dźwięków, ruchu, obrazu, ale bez użycia słowa.
„Zatańczyć jesień. Dialogi na trąbki i nogi z użyciem dyrygenta” to opowieść o dialogu ruchu i muzyki, który pod czułym okiem przewodnika, tworzy wspólną, artystyczną harmonię – czytamy w zapowiedzi wydarzenia. I to niech będzie najlepsza puenta i rekomendacja do obejrzenia spektaklu jeszcze 30 listopada i 1 grudnia na żywo w Podwórku. Potem już tylko w retransmisji umieszczonej na stronie Capitolu.
Ostrzegam, w tę taneczno- muzyczno- wokalno- plastyczną improwizację można wpaść jak w nałóg. A potem maniakalnie o niej myśleć.
Tańczą: Karolina Baniak, Angelika Bosacka, Agnieszka Ejsymont, Maja Kaczor, Helena Kosecka, Kateryną Lappo, Anna Machowska, Marta Marzec, Marta Stopa i Zosia Zełep.
Grają: Albert Karch, Zbigniew Kozera, Tomasz Leszczyński, Mateusz Rybicki i Sofinka.
Grafika: Katarzyna Kołdys
oprac. do
foto. mat. organizatorów / Teatr Muzyczny Capitol/ Fot. Grzegorz Rajter
Simona Kossak – córka malarza Jerzego Kossaka i wnuczka Wojciecha, dorasta nie zaznając ciepła ze strony despotycznej matki. Osiedla się w leśniczówce i prowadzi badania naukowe nad dietą saren. Taki obraz proponuje nam, w pierwszych scenach, reżyser i scenarzysta filmu „Simona Kossak”, Adrian Panek.
Zaczyna się ciekawie i z pazurem. Wchodzimy w intymny świat buntowniczej dziewczyny otulając oczy malowniczym kadrem. Potem historia się zagęszcza. Obserwujemy jak bohaterka zaprzyjaźniania się z Żabą – warchlaczkiem i jak dostaje cięgi od sarny. W jej naukowy świat wchodzi polityka i leśnicy. Wcześniej poznaje fotografa Lecha Wilczka, z którym dzieli pasje – miłość do natury i… potrzebę wolności.
Drewniana leśniczówka miała okazać się idealnym miejscem do życia dla silnej, ale poharatanej toksycznymi relacjami dziewczyny. Owszem, znajduje tam pewien rodzaj spełnienia, ale do pełni szczęścia raczej jej daleko.
Film zgrabnie opowiada historię Simony Kossak, ale pozostawia po sobie odczucie jakby przypadkowego niedopowiedzenia. Brakuje mi celowości, która głęboko zakotwiczyłaby postać w świecie niejednoznaczności lub wręcz przeciwnie – jednoznacznej klarowności.
Z całą pewnością, obsada „Simony Kossak” daje dużą przyjemność śledzenia losów bohaterki na dużym ekranie. Agata Kulesza, Jakub Gierszał, czy Borys Szyc, a przede wszystkim tytułowa kreacja aktorska Sandry Drzymalskiej zasługuje na szczególne uznanie. A malownicze kadry są zjawiskowe.
Filmowa Simona Kossak nie rozczarowuje, ale pozostawia niedosyt wywołany dużymi oczekiwaniami. Wychodząc z seansu nucimy piosenkę Agnieszki Osieckiej „Zielono mi”, którą na napisać końcowych śpiewa, jeśli mnie słuch nie myli, Andrzej Dąbrowski. Aż i tylko tyle.
Oprac. do
Tekst powstał dzięki uprzejmości DCF.
Przybiegł kurier z paczką. Ups, w paczce – komiks, przecież ja nie jestem orędowniczką komiksów, co teraz zrobić, jak rzetelnie zaopiniować książkę, skoro już na wstępnie będzie jej gorzej zdobyć moją przychylność? Cóż… czasami musi być gorzej, żeby potem było lepiej. Format znacznie większy niż A4, kolorowa okładka, kolorowe wnętrze, ciekawe rysunki postaci, zaczynam czytać i oglądać jednocześnie. Szybko okazuje się, że poprosiłam Wydawnictwo Czarna Owca o tom drugi, nie czytając pierwszego, kolejna wpadka, która szybko przeradza się w zabawną, czytelniczo-poglądową przygodę.
Akcja „Świata Zofii” Josteina Gaardera , drugiego tomu graficznego wydania zaczyna się zabawnie. Bohaterowie złoszczą się, że nie mają na nic wpływu, bo narrator zadecydował za nich. Są marionetkami w rękach pisarza. Alberto postanawia rozebrać się, żeby trzeba było ocenzurować komiks, wtedy nie sprzeda się żaden egzemplarz- twierdzi rozzłoszczony.
Potem zaczyna się podróż po światach Kartezjusza, Spinozy, empirystów, Kanta, Freuda, czy Nietzschego. Komiksowi bohaterowie przeprowadzają mnie skrótami przez idee filozoficzne Darwina i Marxa.
Poddaję się formie obrazka połączonego z dialogiem. Z przyjemnością wchodzę w świat komiksowej wersji „Świata Zofii” Josteina Gaardera. Idę z Zofią w towarzystwie Alberto poznawać źródła filozofii i pogłębiać wiedzę o podstawowych nurtach zachodniej myśli filozoficznej. Pięknie wydana książka z rysunkami Nicoby, przełożona na polski przez Pawła Łapińskiego budzi zainteresowanie nie tylko moje, ale także pozostałych domowników. Zgrabnie napisana i ciekawie zilustrowana przykuwa uwagę młodszych i starszych bibliofilii i internetoholików. To znak, że „Świat Zofii” Josteina Gaardera , drugi tom graficznego wydania może z powodzeniem trafić pod świąteczną choinkę.
Mam uprzejmą prośbę do Wydawnictwa (albo do Mikołaja, przecież za chwilę rozpoczyna grudniową harówkę), czy można byłoby się zapoznać z pierwszym tomem? O egzemplarz prosi świeżo upieczona fanka komiksowej wersji „Świata Zofii” i czerstwa miłośniczka kultowej wersji książki z 1995 roku. Mam nadzieję, że to nie tylko dziecięcy entuzjazm nowości?
Oprac. i fot. do
Tekst powstał dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarna Owca.










































