Listopadowy wieczór w Firleju można było spędzić w kameralnej atmosferze, otulając skołatane nerwy koncertem utrzymanym w stylistyce piosenki literackiej i aktorskiej — takiej, w której interpretacja stanowi o sile przekazu.
Spotkanie w ramach cyklu „Przed premierą”, który od dziesięciu lat prezentuje publiczności wyjątkowych młodych artystów u progu kariery scenicznej, tym razem uświetnił Kamil Kowalski — aktor, wokalista i autor własnych utworów — występujący z zespołem. Jego recital był osobistą opowieścią o pasji, marzeniach, dojrzewaniu i poszukiwaniu nadziei. Publiczność entuzjastycznie przyjęła refren finałowej piosenki i wspólnie z 22-letnim studentem Wydziału Aktorskiego Szkoły Filmowej w Łodzi zaśpiewała: „Już dobrze jest. Dobrze jest już.”
Artyści zaprezentowali również utwory m.in. z repertuaru Lady Pank, Czesława Niemena, Happysad, Felicjana Andrzejczaka, Kazimierza Staszewskiego, Hey i Maanam.
Kamilowi Kowalskiemu podczas koncertu towarzyszyli: Marcin Jagiełło (pianino), Martyna Tybor (bas), Roch Czerwiński (perkusja), Radek Stojda (gitara).
„Przed premierą” to wyjątkowy cykl muzycznych spotkań odbywający się od 2023 roku w Firleju. Do tej pory na scenie zaprezentowało się wielu twórców i wykonawców, których łączy autentyczność i sceniczna prawda. Cykl powstał z inicjatywy Bogusława Sobczuka, reżysera i gospodarza wydarzenia. Jego celem jest udostępnienie przestrzeni młodym, utalentowanym artystom, często nieznanym szerszej publiczności. Format daje im możliwość swobodnej wypowiedzi i przygotowania koncertu będącego osobistą propozycją repertuarową opartą na autorskim scenariuszu.
Oprac. i fot.: do
To nie jest nowość wydawnicza, która umili oczekiwanie na rodzinne święta. Nie pachnie mandarynkami i pomarańczami. Nie kłuje świerkowymi i jodłowymi igłami. Nie razi silnym migotliwym światłem lampek choinkowych. „(Nie) jestem gejem” Violetty Nowakowskiej to zbiór reportaży, które skrzą się interesującą narracją, ciekawymi historiami i ponadczasowym kolorytem autentyzmu i uniwersalności. Prowokuje do pogłębionej refleksji.
Informacja od wydawnicza podprowadza czytelnika pod lekturowe możliwości odbioru:
To portrety różnych osób: młodszych i starszych, urodziwych i przeciętnych, artystów i biznesmenów, nieśmiałych i przebojowych…. Łączy ich jedno: są gejami.
W naszym społeczeństwie publiczne przyznanie się do bycia osobą nieheteronormatywną nadal nie dla wszystkich jest rzeczą łatwą. Niektórzy z rozmówców Violi Nowakowskiej nigdy nie zdobyli się na coming out. Jak wyglądało życie geja w czasach „słusznie minionych”, a jak wygląda dziś? Czy teraz osoby homoseksualne mają łatwiej? Niektórzy bohaterowie książki zgodzili się wystąpić pod własnym imieniem i nazwiskiem, ale nie wszyscy. Publikacja powstała po to, żeby pokazać, z jakimi problemami osoby homoseksualne musiały i muszą się mierzyć. Reportaże Violetty Nowakowskiej to również, a może przede wszystkim, opowieści o ludziach i o miłości. Indywidualne historie, pojedyncze przypadki, na których podstawie można utkać wielowymiarowy obraz „polskiego geja”.
Książka jest częścią większego projektu realizowanego pod hasłem „Wstyd polski”. Jego kolejnymi etapami będą publikacje o innych osobach nieheteronormatywnych: lesbijkach, osobach biseksualnych i transseksualistach.
To rzetelna, wnikliwie udokumentowana publikacja z bogatą bibliografią i artystycznymi zdjęciami Marka Zimakiewicza. Książka gruba (szkodliwa jedynie dla kręgosłupa), którą bez szkody dla całości można dzielić na fragmenty i czytać w dowolnej kolejności, wracać do wybranych części i przypominać sobie historie, które nas urzekły, zdziwiły, wzruszyły czy przeraziły.
Czytamy m.in. o Janku, który jest czuły na intonację. Gdy wsłuchuje się w sposób mówienia, łatwo mu odkryć intencję osoby, która wypowiada poszczególne słowa. „Słowa mogą być pozornie przyjazne, intonacja zdradza wiele. Nawet takie rzeczy, które ktoś mógłby odebrać jak błahe, sprawiają mi ból” – mówi jeden z bohaterów „(Nie) jestem gejem” Violetty Nowakowskiej.
Znajdujemy tu także opinie o hipokryzji, środowisku księży, zakłamaniu, dziennikarskim języku homofobii.
Przy okazji odwiedzamy Włochy, o których czytamy:
We Włoszech pary jednopłciowe zawierają związki małżeńskie w urzędach państwowych, w kościele protestanckim praktykowany jest zwyczaj udzielania błogosławieństwa. We Włoszech ludzie nie maja przeświadczenia, że wszystko wiedzą najlepiej, co generuje potrzebę, by pouczać innych, jak należy żyć. Nie mają monopolu na racje.
„(Nie) jestem gejem” Violetty Nowakowskiej to ważna książka, bardzo potrzebna, rzucająca światło zrozumienia, idealna na jesienne, długie, deszczowe wieczory, pobudza do pogłębionych przemyśleń.
Oprac. do.
Tekst powstał dzięki uprzejmości wydawnictwa OVO.
Najnowsza książka Anny Włodarkiewicz „Święta w Gajówce. Rodzinne pomysły na wspólne świętowanie” – to pomysłowy kalendarz adwentowy w formie książki, który każdego dnia grudnia odkrywa przed czytelnikami nowe aktywności, przepisy na smakołyki i pomysły na spędzanie czasu z rodziną – wszystko w duchu miłości do natury, ekologii i odkrywania małych przyjemności. Książka zachęca do zatrzymania się w przedświątecznej gorączce i delektowania atmosferą świąt.
Ilustracje Kasi Piątek dodają uroku publikacji, w której znajdziecie m.in. porady, jak przygotować Słoik Dobrych Myśli, jak napisać zimowe opowiadanie, jak upiec pierniczki, zrobić ozdoby świąteczne z szyszek, patyków i kamyków.
Przy okazji wspólnego czytania dowiecie się skąd pochodzi cynamon, imbir czy kardamon, jak wygląda szyszka świerku, sosny, jodły czy modrzewiu. Możecie ułożyć ścieżkę sensoryczną na spacerze po lesie i przygotować niezbędnik obserwatora przyrody. Wykonać kartki świąteczne, przyrządzić owsiankę i napary. Zabawić się w tropiciela wilka, zająca i kuny. Poczytać o zwyczaju ubierania choinki i sposobach pakowania prezentów. Zrobić falbankę na pierogu.
Dwadzieścia cztery pomysły na rodzinny, twórczy i ekologiczny adwent to propozycja, która może z chłodnego, ponurego grudnia zrobić ciepłe, radosne spotkanie rodzinne.
Oprac. do
Tekst powstał dzięki uprzejmości wydawnictwa Świetlik.
Książka Filipa Zawady „Gdyby nie czerń” zapowiadana była jako przewrotna saga rodzinna, która toczy się aż w zaświatach. Jej autor miesza skrajne emocje i egzystencjalne pytania z dosadnością, absurdalnym humorem i koktajlem literackich tropów. To oryginalna powieść, która zaciekawia fabularnie i stylistycznie.
Filip Zawada jest artystą wszechstronnym. Ktoś, kto bywa poetą, prozaikiem, muzykiem, fotografem, performerem, reżyserem i aktorem w filmach offowych nie może być konwencjonalnym twórcą dającym się umieścić w ramach jednej stylistyki, jednego gatunku czy rodzaju literackiego. Jego najnowsza powieść jest potwierdzeniem tej różnorodności.
W „Gdyby nie czerń” stykamy się z nieoczywistością narracji i zaskakującymi zdarzenia. Narrator używa giętkiego i błyskotliwego języka, czasem jest on wulgarny, ale zawsze dopasowany do sytuacji. Do tego dodaje przewrotne dialogi typu:
„-Dlaczego pakuje pan koty do worka i chce je wyrzucić do rzeki?
– Bo tak będzie dla nich lepiej.
– Przecież woda też ma swoją wytrzymałość. Nie jest jej przyjemnie przyjmować wszystko, co jest niepotrzebne”.
Filip Zawada ma talent do budowania nieoczywistej narracji wypełnionej niezwykłą metaforyką obserwacji, opisuje codzienność z innej perspektywy niż moglibyśmy się tego spodziewać. To daje poczucie lekturowej niezwykłości, w którym możemy się pławić z uciechą do ostatniej strony powieści.
Zdarzenia każe rozgrywać swoim bohaterom w miejscach znanych wrocławianom, są to np. Dworzec Główny, peron, na którym zginął Zbigniew Cybulski.
„Najsmutniejsza była woda lecąca z kranu. Współżywa docierała do umywalki, żeby spełnić swój obowiązek i umyć ludziom ręce. Wykonywała to zadanie beznamiętnie i znikała w czarnym odpływie, by zasilić wody Styksu”.
Tego rodzaju refleksje wcześniej także spotykałam w prozie Filipa Zawady np. w „Pod słońce było” (recenzja https://www.biuroliterackie.pl/ksiazki/pod-slonce-bylo-5/)
„Słowa niewypowiedziane w odpowiednim momencie twardnieją i zamieniają się w kamień. Stają się ciężarem, który nosi się w kieszeni do momentu, kiedy już się nie mieszczą”.
Autor „Gdyby nie czerń” w usta swoich bohaterów wkłada takie oto tyrady: „…ludzie troszczą się o pokój tylko dlatego, żeby umierać pojedynczo…” Dalej mamy wytłumaczenie tej konstatacji
„– Urodziliśmy się, żeby umrzeć we własnym grobie, a nie we wspólnej mogile, w której nie wiadomo kto jest kto”.
Równie zaskakujące, co ciekawe, okazują się w prozie Filipa Zawady pomysły na kreowanie zdarzeń, np. oczekiwanie w kolejce do czyśćca „z nadzieją na wyjście z klinczu między zbawieniem i niezbawieniem”.
Postacie z powieści nawiedza czasem patosizm, czyli potrzeba wypowiadania patetycznych fraz. I wszystko to plecie się w zaskakującą historię, która wciąga już od pierwszych stron do świata nieoczywistości.
Oprac. do
Tekst powstał dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak.
Wrocławska Oławska słynie z klubu jazzowego, który 12 listopada powitał milionowego gościa. Ponad 10 lat działalności Vertigo Jazz Club & Restaurant nie mogło pozostać bez echa. Wydarzeniu towarzyszył klimatyczny koncert Ani Nguyen i Vertigo Swing Orchestra inspirowany twórczością Franka Sinatry.
Muzyczno- towarzyskie spotkanie (dla stałych, okazjonalnych i przyszłych bywalców niezwykłego miejsca z charakterem) było okazją do zapoznania się lub przypomnienia sobie elegancji, akustyki, klimatu sali, w której najczęściej rozbrzmiewa jazz, rzadziej – blues, soul, muzyka alternatywna, burleska oraz improwizowany teatr komediowy.
Oprac. fot. Do
Skąd się bierze fenomen popularności kultury japońskiej, w której splatają się nowoczesność z głęboko zakorzenioną tradycją? Czy świat uporządkowanych wartości, dbałości o szczegóły, uprzejmości jest atrakcyjną alternatywą dla postrzegania rzeczywistości przez pryzmat podkreślania narodowej odrębności i różnorodności obyczajów? Tego typu rozważań nie znajdziecie w najnowszej książce Masateru Konishiego i całe szczęście, bo to zgrabny kryminał z niespieszną narracją. Propozycja nie tylko dla miłośników tropienia zbrodni, ale także dla entuzjastów poruszających opowieści o przemijaniu, szacunku do starszych i sile więzi rodzinnych.
„Mój dziadek – genialny detektyw” szturmem podbił listy bestsellerów w Japonii, teraz jest dostępny dla polskich czytelników.
Główną bohaterką powieści jest 27-letnia nauczycielka i miłośniczka kryminałów. Jej dziadek, mimo problemów z pamięcią spowodowanych demencją zachowuje ponadprzeciętną inteligencję i analityczny umysł. Choroba sprawia, że na co dzień miewa halucynacje, ale potrafi dostrzec szczegóły, które umykają innym.
Polska edycja książki została wydana ze szczególną starannością przez wydawnictwo Czarna Owca.
Czy starszy pan, który ma problemy z pamięcią, może być genialnym detektywem? Przekonajcie się sami. Warto. Dotknięcie malowniczego Kraju Kwitnącej Wiśni i stylu pisania przesiąkniętego japońską wrażliwością dostajemy bez dodatkowych opłat.
Przy okazji dowiadujemy się, że rok szkolny w Japonii zaczyna się w kwietniu, a kończy w marcu. Podzielony jest na trymestry, letnie wakacje trwają około półtorej miesiąca.
„Mój dziadek – genialny detektyw”
Autor: Masateru Konishi
Tytuł oryginalny: MEITANTEI NO MAMA DE ITE
Przekład: Dariusz Latoś
Oprac. do
Tekst powstał dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarna Owca.
„Matei Brunul” w Lalkach | spektakl dla dorosłych pamięci Wiesława Hejny
Pamiętacie w WTL „Śmiesznego staruszka” w reżyserii Wiesława Hejny, przedstawienie z 2001 roku, potem wznawiane w Lalkach kilkakrotnie? Oglądałam je z zapartym tchem wielokrotnie w różnym czasie. To z 2008r. było dla mnie zjawiskowym spotkaniem z magią teatru. Na kameralnej scenie wielka drewniana lalka tytułowego bohatera animowana była przez kilku aktorów równocześnie. W rękach lalkarzy ożywały ręce, nogi, korpus i głowa starca wygłaszającego mowę obrończą przed milczącym sądem. Spektakl w reżyserii Wiesława Hejny okazał się jednym z najsłynniejszych w Polsce spektakli lalkowych dla dorosłych. Dzisiaj, po premierze „Matei Brunu” w reżyserii Jerzego Bielunasa, można odnotować, że tradycja teatru zbudowanego w tamtej minimalistycznej, symbolicznej formie i lalkarskiej konwencji została wskrzeszona.
Oczywiście, trzeba dodać, że spektakl premierowy w WTL „Matei Brunul” poświęcony jest pamięci zmarłego przed rokiem profesora Wiesława Hejny – wieloletniego dyrektora Wrocławskiego Teatru Lalek, twórcy słynnej Małej Sceny dla Dorosłych, reżysera przełomowych przedstawień polskiego teatru lalek, w tym tzw. „tryptyku władzy” – trzech przedstawień Wrocławskiego Teatru Lalek, zrealizowanych na podstawie: „Procesu” Franza Kafki (1985), „Gyubala Wahazara” Witkacego (1987) oraz „Fausta” Johanna Wolfganga Goethego (1989). Wszystkie trzy spektakle podejmowały temat wpływu władzy na jednostkę.
„Matei Brunul” w Lalkach | ciemny, ale nie czarny
Najnowsza premiera Wrocławskiego Teatru Lalek przygotowana w koprodukcji z Instytutem im. Jerzego Grotowskiego jest sceniczną adaptacją powieści rumuńskiego pisarza Luciana Dana Teodorovici „Matei Brunul” (2011 r.).
Zarówno akcja powieści jak i spektaklu rozgrywa się w Rumunii w czasach reżimu stalinowskiego. Tytułowy bohater – rumuński marionetkarz włoskiego pochodzenia – zostaje niesłusznie oskarżony i trafia do stalinowskiego obozu pracy. Więziony w nieludzkich warunkach, poddawany torturom, traci pamięć. Po wyjściu na wolność, wciąż cierpiąc na amnezję, Brunul zaczyna pracować w Państwowym Teatrze Lalek. Świadkiem jego rozpaczy i samotności, słuchaczem i powiernikiem staje się marionetka o imieniu Bazylek – jak czytamy z zapowiedzi.
Jerzy Bielunas – reżyser „Matei Brunul” podkreślał, że nie dodał żadnego słowa do tekstu autora powieści, musiał jednak zastosować poważne skróty, z kilkuset stron zostało kilkanaście. Co nie umniejsza wartości artystycznej spektaklu. Dzięki znakomitym kreacjom aktorskim, w szczególności Krzysztofa Grębskiego, spektakl jest klarowny, czytelny i przede wszystkim mistrzowsko podszyty najwyższej jakości groteską.
Muzyka tworzona na żywo przez Sambora Dudzińskiego i scenografia Mirosława Chudego sprzyja historii, buduje jej głębię i plastykę. Druty kolczaste, drewniane przesuwane drzwi, lalki i ich cienie, stół … to skromna, a zarazem wystarczająco pełna przestrzeń akcji rozgrywającej się w półmroku przecinanym silnymi światłami reflektorów.
To spektakl ciemny, ale nie ponury. Twórcy i realizatorzy, jakby mimochodem, opowiadają o tym, że przed zniewoleniem jest możliwa ucieczka np. w piękno, w sztukę. Może być ona zatraceniem albo wolnością, może być jedynie ersatzem, ale jest możliwa. Namiastka to zawsze jakaś minimalistyczna forma nadziei.
Twórcy stawiają znaki zapytania, nie pokazują postaci jednoznacznie złych, bo tacy nie istnieją- mówią zgodnie, na spotkaniu po premierze spektaklu, reżyser i pisarz.
„Matei Brunul” we WTL to spektakl odwołujący się do tradycji lalkowej czasów Wiesława Hejny, adresowany do widzów w przedziale wiekowym 16+. Nie można o nim zapomnieć, grzęźnie w ciele jak drut kolczasty w nodze uciekiniera.
Oprac. do
fot. Tobiasz Papuczys
MATEI BRUNUL (16+)
Premiera 8.11.2025 | 19:00
Producent: Instytut im. Jerzego Grotowskiego
Partner: Wrocławski Teatr Lalek
adaptacja powieści: Jerzy Bielunas
reżyseria: Jerzy Bielunas, Aneta Głuch-Klucznik
scenografia: Mirosław Chudy
kostiumy: Elżbieta Terlikowska-Misiak, Monika Luścińska
marionetka: Maciej Luściński
muzyka: Sambor Dudziński
reżyseria światła: Alicja Pietrucka
produkcja: Wiktoria Palczewska
obsada: Sambor Dudziński (gościnnie), Aneta Głuch-Klucznik,Krzysztof Grębski, Sławomir Przepiórka, Piotr Starczak, Tomasz Szczygielski (gościnnie), Marek Tatko









































